Czy będzie wojna Rosji z NATO?
Czy dzisiejsze działania Rosji przybliżają nas do wojny z NATO? Przed inwazją na Ukrainę świat znał znaczną część rosyjskich przygotowań, a mimo to do ostatnich dni spierał się o zamiary Kremla. Sprawdzamy, jak jest dziś i czy wojna NATO - Rosja faktycznie jest nieuchronna.

W tej analizie
- Imperium po podziale
- Głowice za zobowiązania
- Bezpieczeństwo z dwóch stron granicy
- Państwo coraz bliżej prezydenta
- Wybory z nieuzgodnionym wynikiem
- NATO w czasie przyszłym
- Janukowycz: cena zmiany zdania
- Najpierw kontrola, potem głosowanie
- Cena, którą można było zapłacić
- Wojna z założeniem szybkiego końca
- Cena oczekiwania
- Ćwiczenia się kończą, sprzęt zostaje
- Rozmowy trwają, przygotowania też
- Publiczne tajne informacje
- Ukraina: między ostrzeżeniem a alarmem
- Tajemnica nie była warunkiem wojny
- 2021 czy 2022? Kalendarz nie wystarczy
- Narwa nie leży na Krymie
- Brak ofiar nie zamyka sprawy
- Między ostrzeżeniem a zobowiązaniem
- To już słyszeliśmy. Co z tego wynika?
- Małe terytorium, duża stawka
- Kto zapłaci za następny front
- Te same pytania, inny przeciwnik
- Kiedy porównanie przestaje wystarczać
Czy zbliżamy się do wojny Rosji z NATO?
Rosyjska polityka wobec Ukrainy od rozpadu ZSRR, przygotowania do inwazji w 2022 roku i ich znaczenie dla oceny obecnego zagrożenia w Europie
Stan informacji: 23 września 2026 roku
Czy zbliżamy się do bezpośredniej wojny Rosji z NATO? Naruszenia przestrzeni powietrznej, działania sabotażowe i ostrzeżenia europejskich władz sprawiają, że pytanie to przestało dotyczyć wyłącznie odległego scenariusza. Nie oznacza to jednak, że odpowiedź można uzyskać, licząc incydenty albo porównując ton dzisiejszych wypowiedzi z tymi sprzed inwazji na Ukrainę. W obu przypadkach łatwo znaleźć podobieństwa. Trudniej ustalić, czy podobne są również warunki, w których zapadają decyzje o użyciu siły.
Przed 24 lutego 2022 roku problem nie polegał na całkowitym braku ostrzeżeń. Rosyjskie wojska przemieszczały się w stronę Ukrainy, Moskwa przedstawiała żądania dotyczące europejskiego bezpieczeństwa, a Stany Zjednoczone coraz bardziej otwarcie mówiły o przygotowaniach do ataku. Mimo to do ostatnich dni pozostawał spór o to, czy prezydent Rosji Władimir Putin zamierza rozpocząć wielką wojnę, czy wykorzystać gotowość do jej rozpoczęcia, aby wymusić ustępstwa. Znaliśmy znaczną część przygotowań, lecz nie znaliśmy zakończenia tego procesu.
W dzisiejszej sytuacji o znaczeniu tego porównania decydują rosyjskie cele, dostępne środki i przewidywana odpowiedź przeciwnika. Przygotowanie wielokierunkowej inwazji lądowej, ograniczonego uderzenia na obiekt wojskowy i operacji dywersyjnej wymaga różnych sił. Pozostawia też inne ślady i daje obrońcy różny czas na reakcję. Podobna liczba alarmujących komunikatów może więc opisywać bardzo różne sytuacje militarne.
Państwo objęte wspólną obroną NATO stawia jednak Rosję przed inną kalkulacją niż Ukraina pozostająca poza Sojuszem. Nie ma podstaw, aby uznać wojnę za nieuchronną. Nie można również wykluczać jej wyłącznie na podstawie przewagi łącznego potencjału NATO albo przekonania, że koszty byłyby dla Moskwy zbyt wysokie. W 2022 roku Rosja rozpoczęła operację opartą na błędnej ocenie przeciwnika. W przyszłym kryzysie podobny błąd mógłby dotyczyć skali i szybkości odpowiedzi sojuszników.
Rosyjska kalkulacja miała przy tym znacznie dłuższą historię niż ostatnie transporty wojskowe przed inwazją. Po rozpadzie ZSRR Ukraina uzyskała własne granice i instytucje, ale pozostała związana z Rosją przemysłem, energetyką, obecnością wojskową i relacjami elit. W kolejnych latach zmieniało się to, jak skutecznie Moskwa mogła wykorzystywać te związki do wpływania na decyzje Kijowa. Historia ta pozwala wyjaśnić zarówno cel wojny przeciw Ukrainie, jak i szerszy rosyjski spór z NATO: w jakim stopniu bezpieczeństwo i polityka państw sąsiadujących z Rosją miałyby zależeć od zgody jej kierownictwa.
Imperium po podziale
W 1991 roku kryzys Związku Radzieckiego obejmował jednocześnie gospodarkę, system rządzenia i stosunki między władzami centralnymi a republikami. Reformy przywódcy ZSRR Michaiła Gorbaczowa osłabiły monopol partii komunistycznej, lecz nie stworzyły sprawnego mechanizmu uzgadniania interesów w coraz bardziej pluralistycznym państwie. Władze republik uzyskiwały własną legitymację i przejmowały kompetencje, które wcześniej należały do centrum. Dotyczyło to również Rosji: Borys Jelcyn, wybrany w czerwcu 1991 roku prezydentem rosyjskiej republiki, budował swoją pozycję przeciw Gorbaczowowi, korzystając z instytucji rosyjskiej republiki. Konflikt nie przebiegał więc wyłącznie między Moskwą a peryferiami; w samej Moskwie rywalizowały dwa ośrodki władzy.
Nieudany pucz konserwatywnej części aparatu państwowego w sierpniu 1991 roku przyspieszył rozpad. Próba zachowania ZSRR siłą osłabiła autorytet instytucji związkowych i zwiększyła przekonanie, że bezpieczeństwo republik wymaga przejęcia kontroli nad własnymi sprawami. Ukraiński parlament uchwalił niepodległość 24 sierpnia. W referendum 1 grudnia poparło ją 90,32 procent głosujących; większość odnotowano we wszystkich regionach, również na Krymie oraz w obwodach donieckim i ługańskim. Wynik miał zasadnicze znaczenie polityczne: niepodległość nie była wyłącznie projektem zachodniej Ukrainy ani decyzją niewielkiej grupy działaczy.
8 grudnia przywódcy Rosji, Ukrainy i Białorusi podpisali porozumienie białowieskie, stwierdzające zakończenie istnienia ZSRR i tworzące Wspólnotę Niepodległych Państw. 21 grudnia do porozumienia o WNP dołączyły kolejne republiki. Rezygnacja Gorbaczowa 25 grudnia zamykała proces, w którym centrum związkowe utraciło faktyczną władzę nad znaczną częścią państwa. Rosja współtworzyła ten rezultat; późniejsza opowieść o rozpadzie dokonanym wyłącznie przez wrogie siły zewnętrzne pomija rolę jej własnego kierownictwa.
Bazy, lotniska, zakłady zbrojeniowe, rurociągi i linie kolejowe pozostawały tam, gdzie je zbudowano. Zmieniło się państwo, do którego należały. Infrastruktura planowana przez dziesięciolecia jako jeden system została rozdzielona nowymi granicami, a dowódca jednostki stacjonującej na Ukrainie nie mógł już zakładać, że dotychczasowa hierarchia pozostanie bezsporna. Trzeba było ustalić przynależność oddziałów, podporządkowanie personelu, własność uzbrojenia i zasady korzystania z obiektów. Dopiero na tej podstawie można było budować własne dowodzenie, finansowanie i szkolenie. Przejęcie sprzętu nie oznaczało jeszcze przejęcia gotowej zdolności do obrony nowego państwa.
Dla Ukrainy szczególnie trudna była zależność między budową państwa a utrzymaniem gospodarki związanej z rosyjskimi dostawcami i odbiorcami. Zakład produkujący część systemu uzbrojenia mógł pozostać na Ukrainie, podczas gdy końcowy montaż, zamówienia i część podzespołów znajdowały się w Rosji. Energetyka i przemysł potrzebowały dostaw surowców; rosyjski eksport gazu korzystał z kolei z ukraińskiej infrastruktury tranzytowej. Powstała współzależność, w której obie strony posiadały instrumenty nacisku, lecz ich ogólne możliwości gospodarcze i polityczne były nierówne. Kijów musiał ograniczać zależność, nie powodując przy tym natychmiastowego załamania ważnych gałęzi gospodarki.
Jednym z najtrudniejszych problemów wojskowych była Flota Czarnomorska i jej infrastruktura na Krymie. Rozwiązania przyjęte w 1997 roku pozwoliły podzielić flotę oraz utrzymać rosyjskie bazowanie na terytorium Ukrainy na podstawie umów. W 2010 roku ówczesny prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz zgodził się przedłużyć obecność rosyjskiej floty do 2042 roku w zamian za ustępstwa gazowe. Pokazuje to, jak bezpośrednio łączyły się zależność energetyczna i bezpieczeństwo: bieżąca korzyść gospodarcza utrwalała długoterminową obecność rosyjskich sił.
Z tej sytuacji nie wynikała jeszcze przyszła wojna. Wynikało natomiast, że ukraińska suwerenność będzie zależała również od tego, czy Kijów zdoła utrzymać własne decyzje wtedy, gdy Moskwa odpowie podniesieniem ceny gazu, ograniczeniem handlu albo presją polityczną. Rosja miała wiele sposobów oddziaływania bez wysyłania wojsk przez granicę. Wraz ze słabnięciem ich skuteczności rosło znaczenie pytania, czy rosyjskie kierownictwo zaakceptuje utratę wpływu, czy spróbuje odzyskać go siłą.
Głowice za zobowiązania
Na terytorium niepodległej Ukrainy pozostały radzieckie głowice jądrowe i środki ich przenoszenia. Patrząc na samą liczbę uzbrojenia, można było widzieć w niej jedno z największych mocarstw nuklearnych. Ukraiński prezydent nie przejął jednak wraz z granicami gotowego, w pełni samodzielnego systemu odstraszania. Musiałby dysponować nie tylko głowicami, lecz także kontrolą nad ich użyciem, utrzymaniem i odtwarzaniem. Dotychczasowe procedury dowodzenia oraz infrastruktura techniczna należały do systemu radzieckiego, którego zasadniczy ośrodek pozostał w Rosji. Broń strategiczna znajdowała się również na Białorusi i w Kazachstanie; problem jej dalszego losu dotyczył całego podziału radzieckiego potencjału.
Utrzymanie niezależnego arsenału wymagałoby nie tylko decyzji politycznej, ale także rozwiązania problemów technicznych, organizacyjnych i finansowych. Ukraina znajdowała się w głębokim kryzysie gospodarczym; równocześnie Rosja i USA dążyły do ograniczenia liczby państw nuklearnych powstałych po ZSRR. Waszyngton chciał zachować możliwość redukcji i kontroli uzbrojenia oraz zapobiec rozproszeniu materiałów i systemów broni. Moskwa miała dodatkowy interes w skupieniu statusu nuklearnego spadkobiercy ZSRR w swoich rękach. W tej sprawie interesy amerykańskie i rosyjskie częściowo się pokrywały, choć w innych kwestiach pozostawały rozbieżne.
Negocjacje dotyczyły zatem znacznie więcej niż miejsca, do którego miały trafić głowice. Ukraińskie władze domagały się rekompensaty za materiał rozszczepialny i pomocy w pokryciu kosztów rozbrojenia, a także zobowiązań dotyczących bezpieczeństwa państwa. 14 stycznia 1994 roku w Moskwie spotkali się ówczesny prezydent USA Bill Clinton, Jelcyn i prezydent Ukrainy Leonid Krawczuk. Podpisane przez nich oświadczenie trójstronne wiązało przekazanie głowic Rosji z rosyjskimi dostawami paliwa dla ukraińskich elektrowni jądrowych i amerykańską pomocą w rozbrojeniu.
Zapis ich rozmowy pokazuje, jak układano polityczne uzasadnienie tej decyzji. Krawczuk potwierdzał wybór rozbrojenia; Jelcyn mówił o zapewnieniu Ukrainie bezpieczeństwa przez Rosję i USA, a Clinton przedstawiał porozumienie jako zwiększenie bezpieczeństwa wszystkich trzech państw. Uczestnicy mogli więc popierać ten sam dokument z różnych powodów. Dla Kijowa istotne było uzyskanie możliwie korzystnych warunków rezygnacji z broni, dla Waszyngtonu — ograniczenie ryzyka nuklearnego po rozpadzie ZSRR, dla Moskwy — skupienie poradzieckiego arsenału strategicznego w Rosji. Wspólna ceremonia nie usuwała tej różnicy interesów.
5 grudnia 1994 roku memorandum budapeszteńskie podpisali Clinton, Jelcyn, premier Wielkiej Brytanii John Major oraz nowy prezydent Ukrainy Leonid Kuczma, który latem zastąpił Krawczuka. Dokument towarzyszył przystąpieniu Ukrainy do układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej jako państwa nienuklearnego. Do 1996 roku pozostałe głowice strategiczne przekazano Rosji.

W memorandum Rosja, USA i Wielka Brytania potwierdziły poszanowanie niepodległości, suwerenności i istniejących granic Ukrainy. Zobowiązania obejmowały powstrzymanie się od groźby lub użycia siły oraz od przymusu gospodarczego służącego podporządkowaniu wykonywania suwerennych praw. Dokument przewidywał konsultacje w razie problemu z realizacją zobowiązań. Zawierał też postanowienia dotyczące broni jądrowej i zwrócenia się do Rady Bezpieczeństwa ONZ o pomoc w określonych okolicznościach agresji z jej użyciem.
Nie ustanawiał natomiast obowiązku wspólnego prowadzenia obrony konwencjonalnej ani stałego systemu wojskowego przygotowanego do jej wykonania. Ta różnica pozwala zrozumieć zarówno rosyjskie naruszenie zobowiązań w 2014 roku, jak i ograniczenia reakcji pozostałych sygnatariuszy. Rosja złamała zasady, które sama potwierdziła; USA i Wielka Brytania nie miały jednak wobec Ukrainy takiego samego zobowiązania sojuszniczego jak wobec członków NATO. Polityczna odpowiedzialność za los państwa, które zrezygnowało z arsenału, była szersza niż wojskowe mechanizmy zapisane w dokumencie.
Gdy dzisiaj porównujemy sytuację Ukrainy z położeniem Estonii, ta różnica staje się zasadnicza. Estoński rząd może pytać nie tylko o treść deklaracji partnerów, lecz także o sojusznicze oddziały, wspólne dowodzenie, plany obronne i możliwość dostarczenia posiłków. Memorandum budapeszteńskie nie tworzyło takiego systemu. Jego los każe sprawdzać, jak zobowiązanie miałoby zostać wykonane; nie daje podstaw do uznania każdej formy zewnętrznej ochrony za równie nieskuteczną.
Bezpieczeństwo z dwóch stron granicy
Dla Polski zakończenie zależności od ZSRR nie oznaczało automatycznego uzyskania zewnętrznej ochrony. Układ Warszawski rozwiązano w 1991 roku, a ostatnie oddziały rosyjskie opuściły Polskę we wrześniu 1993 roku. Warszawa pozostawała poza systemem wspólnej obrony, podczas gdy przyszły kierunek polityki rosyjskiej był niepewny. Zabiegi o członkostwo w NATO służyły związaniu bezpieczeństwa Polski z interesem i możliwościami wojskowymi państw zachodnich, a także utrwaleniu zmiany orientacji politycznej po 1989 roku.
Proces nie był od początku przesądzony. Zachodni sojusznicy uwzględniali koszty nowych zobowiązań, zdolności kandydatów oraz wpływ rozszerzenia na stosunki z Rosją. Partnerstwo dla Pokoju, uruchomione w 1994 roku, rozwijało współpracę wojskową, ale nie zapewniało członkostwa ani ochrony z artykułu 5. Polska, Czechy i Węgry otrzymały zaproszenie do rozmów akcesyjnych w 1997 roku i weszły do Sojuszu w marcu 1999 roku. Państwa bałtyckie przystąpiły w 2004 roku. Ich położenie było szczególnie wrażliwe: niewielkie terytorium i ograniczona głębokość obrony zwiększały znaczenie szybkiego wsparcia zewnętrznego.
To samo rozszerzenie wyglądało inaczej z Warszawy i z Moskwy. Dla państw wchodzących do NATO ograniczenie rosyjskiej swobody oddziaływania było jednym z celów uzyskania ochrony. Dla rosyjskiego kierownictwa oznaczało utratę możliwości wpływania na sąsiadów. Nie dało się usunąć tej sprzeczności przez samo zapewnienie obu stron, że chodzi o bezpieczeństwo. Trzeba było odpowiedzieć na bardziej konkretne pytanie: czy państwo regionu może wybrać sojusz również wtedy, gdy Rosja uważa ten wybór za niekorzystny dla siebie.
Rosyjski sprzeciw wobec rozszerzenia NATO odwoływał się również do rozmów o zjednoczeniu Niemiec. Ich odtajnione zapisy z 1990 roku pokazują, że Gorbaczow słyszał zapewnienia odnoszące się do nieprzesuwania struktur NATO na wschód i do uwzględniania bezpieczeństwa ZSRR. Istnieje jednak różnica między takimi wypowiedziami, ich polityczną interpretacją a ogólnym traktatowym zakazem przyszłej akcesji państw Europy Środkowej. Dokumenty z negocjacji niemieckich nie ustanowiły takiego zakazu. Rozmowy te należą do historii wzajemnych oczekiwań i późniejszej nieufności; nie ustanawiały nieograniczonego rosyjskiego prawa weta wobec polityki innych państw.
Próba pogodzenia rozszerzenia ze współpracą z Moskwą przybrała formę Aktu stanowiącego NATO–Rosja z 1997 roku. Potwierdzono w nim między innymi suwerenność państw i prawo wyboru sposobu zapewnienia bezpieczeństwa. NATO deklarowało zarazem, że w ówczesnym i przewidywanym środowisku bezpieczeństwa będzie opierać obronę na integracji, interoperacyjności i możliwości wzmocnienia, zamiast dodatkowego stałego rozmieszczania znaczących sił bojowych. Dokument nie dawał żadnej stronie prawa weta wobec drugiej.
Praktyczna konsekwencja była istotna: formalne rozszerzenie zobowiązań obronnych następowało szybciej niż rozwój stałej obecności wojskowej na wschodzie. Sojusz zakładał możliwość dostarczenia wzmocnienia w razie kryzysu. Po rosyjskiej agresji w 2014 roku, a jeszcze wyraźniej po 2022 roku, wzrosło znaczenie sił dostępnych na miejscu. Dzisiejsza dyskusja o obronie państw bałtyckich dotyczy więc także dziedzictwa tamtej konstrukcji: ile można oprzeć na przyszłym wzmocnieniu, jeżeli potencjalny agresor próbuje osiągnąć ograniczony cel szybciej, niż ono nadejdzie.
Państwo coraz bliżej prezydenta
Putin, wówczas premier Rosji, przejął obowiązki prezydenta po rezygnacji Jelcyna pod koniec 1999 roku, a w 2000 roku wygrał wybory. Nie objął od razu systemu, w którym wszystkie istotne decyzje zależały wyłącznie od niego. Regionalni przywódcy, grupy gospodarcze i konkurujące środowiska aparatu centralnego nadal posiadały własne zasoby i wpływy. W kolejnych latach ograniczano ich autonomię, pluralizm mediów i możliwość skutecznej rywalizacji politycznej. Analizy OSW z początku jego rządów i drugiej kadencji pokazują, jak stopniowo zmniejszała się liczba ośrodków zdolnych kwestionować decyzje centrum.
Kontrola nad zasobami gospodarczymi rozwijała się równolegle. Renacjonalizacja części aktywów i koncentracja własności wokół przedsiębiorstw państwowych zwiększały rolę grup związanych z Kremlem. Nie był to powrót do radzieckiego planowania całej gospodarki. Powstawał system, w którym duża własność, pozycja menedżerów i możliwość realizowania strategicznych projektów coraz silniej zależały od relacji z centrum politycznym.
Dla polityki zagranicznej miało to podwójny skutek. Kreml mógł łatwiej skierować zasoby państwa na kosztowny cel, także wbrew interesom części przedsiębiorstw i obywateli. Jednocześnie coraz trudniej było skutecznie zakwestionować założenia, na których oparto tę decyzję. Nie oznacza to, że Putin otrzymywał wyłącznie fałszywe raporty. Problem dotyczył tego, czy informacja sprzeczna z jego oceną mogła nie tylko do niego dotrzeć, lecz także doprowadzić do zmiany polityki.
Ten proces pomaga wyjaśnić, dlaczego doświadczenia Ukrainy miały dla Kremla znaczenie wykraczające poza politykę zagraniczną. Zmiana władzy wskutek wyborów i masowej mobilizacji w bliskim kulturowo państwie podważała tezę, że społeczeństwa regionu mogą funkcjonować jedynie w silnie scentralizowanym modelu. Nie dowodzi to, że obawa przed demokratyzacją była jedynym lub rozstrzygającym motywem agresji. Pokazuje jednak dodatkowy wymiar konfliktu: niezależna Ukraina mogła wybierać nie tylko innych partnerów, ale także inny sposób organizacji władzy.
Rosyjski system nie jest przy tym jednolitym wykonawcą każdej decyzji. Instytucje i grupy interesów konkurują o środki, stanowiska i dostęp do przywódcy. Silna personalizacja może ułatwiać rozpoczęcie operacji politycznie ryzykownej, a równocześnie utrudniać uzyskanie rzetelnej informacji o jej przygotowaniu i skutkach. To istotne dla oceny przyszłej konfrontacji: scentralizowany rozkaz nie gwarantuje sprawnej koordynacji ani kontroli nad odpowiedzią przeciwnika.
Wybory z nieuzgodnionym wynikiem
Wybory prezydenckie w 2004 roku miały zakończyć dziesięcioletnią prezydenturę Kuczmy. Głównymi rywalami byli urzędujący premier Wiktor Janukowycz, związany z Partią Regionów i środowiskiem polityczno-gospodarczym Donbasu, oraz były premier Ukrainy Wiktor Juszczenko, kandydat opozycyjny. Rywalizacja dotyczyła nie tylko stosunków z Rosją i Zachodem, lecz także kontroli nad instytucjami państwa, sposobu sprawowania władzy i możliwości jej wymiany w wyborach.
Kampania została jednak naznaczona zdarzeniem, które zmieniło jej polityczny i osobisty wymiar. Na początku września Juszczenko ciężko zachorował i trafił do kliniki w Wiedniu. Zachorowanie nastąpiło po kolacji 5 września z kierownictwem Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Po powrocie do kampanii na jego twarzy były widoczne narastające zmiany skórne. Sam kandydat i jego otoczenie mówili o otruciu, ale przez kolejne tygodnie przyczyna choroby pozostawała przedmiotem sporu.
11 grudnia lekarze wiedeńskiej kliniki ogłosili potwierdzenie zatrucia dioksyną. Późniejsze badania zespołu leczącego Juszczenkę, opublikowane w „The Lancet”, udokumentowały ciężkie zatrucie TCDD oraz stężenie tej substancji we krwi wielokrotnie przekraczające poziomy spotykane w populacji. Samo zatrucie nie jest więc jedynie elementem opowieści wyborczej. Ustalenie medyczne nie rozstrzyga jednak, kto podał truciznę i kto mógł zlecić jej użycie.
Juszczenko obciążał odpowiedzialnością obóz ówczesnej władzy. Pojawiały się również podejrzenia związane z Rosją, która popierała Janukowycza. Raport amerykańskiego Congressional Research Service z 2005 roku odnotowywał sugestie ukraińskich urzędników dotyczące rosyjskiego pochodzenia trucizny, zarazem wyraźnie odróżniając je od oskarżenia rosyjskiego rządu o udział w zamachu. Tych różnych poziomów wiedzy nie łączy automatycznie fakt, że polityczny interes Moskwy był czytelny.
Odbiór zdarzenia również nie był jednolity. Media sprzyjające władzy podważały wersję otrucia, a chorobę próbowano wykorzystywać do kwestionowania zdolności Juszczenki do sprawowania urzędu. Dla jego zwolenników zmieniona twarz kandydata stała się natomiast widocznym znakiem przemocy, którą kojarzyli z systemem władzy. Spór o uczciwe wybory zyskiwał przez to dodatkową stawkę: chodziło również o możliwość przeciwstawienia się władzy bez narażania zdrowia i życia. Grudniowe potwierdzenie diagnozy wzmacniało tę interpretację przed powtórzonym głosowaniem i utrudniało przeciwnikom politycznym przedstawianie choroby jako kompromitującej kandydata przypadłości.

Znaczenie otrucia dla mobilizacji wynikało z tego połączenia osobistego doświadczenia i politycznej interpretacji. Kandydat nie tylko mówił o metodach przeciwników; jego wygląd sprawiał, że dla zwolenników zarzut przemocy miał konkretną, stale obecną postać. Był to ważny element atmosfery, w której później oceniano doniesienia o fałszerstwach. Nie daje się jednak uczciwie przeliczyć go na liczbę dodatkowych głosów ani oddzielić jego wpływu od organizacji opozycji, pracy obserwatorów, protestów i decyzji sądu.
Po drugiej turze 21 listopada komisja wyborcza ogłosiła zwycięstwo Janukowycza. Juszczenko i jego zwolennicy zakwestionowali wynik, wskazując na fałszerstwa. Zastrzeżenia dotyczyły rzeczywistych nieprawidłowości, a nie wyłącznie niezadowolenia przegranej strony: obserwatorzy OBWE opisywali nierówne warunki kampanii, wykorzystywanie aparatu państwowego oraz problemy z głosowaniem i ustalaniem wyników. Masowe protesty, nazwane pomarańczową rewolucją od koloru kampanii Juszczenki, stworzyły nacisk na ponowne rozpatrzenie rozstrzygnięcia. 3 grudnia Sąd Najwyższy nakazał powtórzenie drugiej tury; w głosowaniu 26 grudnia zwyciężył Juszczenko.
Dla Kuczmy i Janukowycza był to wynik pokazujący granice kontroli nad państwem. Ich zaplecze nie zdołało narzucić rezultatu pomimo przewagi administracyjnej. Protest utrzymał masowy charakter, instytucje sądowe odegrały rolę w rozwiązaniu kryzysu, a kompromis obejmował również zmiany ustrojowe ograniczające przyszłą prezydenturę. Nie powstał system pozbawiony oligarchów, korupcji czy konfliktów interesów. Utrwaliła się natomiast możliwość kwestionowania działań władzy przez zorganizowane społeczeństwo i rywalizujące ośrodki polityczne.
Z perspektywy Putina wydarzenia pokazywały, że porozumienie z częścią ukraińskich elit nie wystarcza do utrzymania wpływu na kierunek polityki całego państwa. Zarazem tłumaczenie protestów wyłącznie zachodnią ingerencją pomijało ich wewnętrzne przyczyny. Ukraińcy mieli własny interes w tym, aby głosowanie rzeczywiście rozstrzygało o władzy. W analizie przygotowanej krótko po wydarzeniach OSW podkreślał znaczenie oczekiwań społecznych, sprzeciwu wobec centralizacji i obrony możliwości samodzielnego działania.
Kolejne lata pokazały jednak, że rezultat 2004 roku nie zamknął rywalizacji. Konflikty w obozie zwycięzców, niezadowolenie z rządzenia i trwałość regionalnych struktur politycznych umożliwiły powrót Janukowycza. W 2010 roku wygrał wybory prezydenckie. Jego władza nie była więc prostą kontynuacją zakwestionowanego wyniku z 2004 roku. Miała mandat wyborczy, a dopiero późniejsze decyzje, koncentracja władzy i stosowanie represji doprowadziły do następnego kryzysu.
Ten etap jest istotny dla oceny rosyjskich oczekiwań przed 2022 rokiem. Ukraina była państwem o poważnych słabościach instytucjonalnych, ale również z doświadczeniem masowej mobilizacji i wymiany rządzących. Korupcja czy konflikt oligarchicznych grup nie oznaczały, że społeczeństwo zaakceptuje narzuconą z zewnątrz władzę. Pomylenie tych dwóch zjawisk mogło prowadzić do błędnej oceny odporności państwa na atak.
NATO w czasie przyszłym
Na szczycie NATO w Bukareszcie w kwietniu 2008 roku Ukraina i Gruzja otrzymały publiczną deklarację, że zostaną członkami Sojuszu. Nie otrzymały jednak daty akcesji ani wówczas Planu Działań na rzecz Członkostwa. Ich rządy mogły powoływać się na obietnicę dotyczącą przyszłości, lecz w razie bieżącego zagrożenia nadal pozostawały poza wspólną obroną. Rosja sprzeciwiała się zapowiedzianej zmianie, zanim powstał system wojskowy, który miałby chronić nowych członków. Ta rozbieżność między polityczną deklaracją a aktualnym zobowiązaniem obronnym miała znaczenie znacznie większe niż sam spór o termin rozszerzenia.
W Gruzji istniały nierozwiązane konflikty o Abchazję i Osetię Południową, a Rosja wspierała separatystyczne struktury i uczestniczyła w mechanizmach pokojowych. Latem 2008 roku rosły napięcia i liczba incydentów. Misja ustalająca fakty powołana przez UE stwierdziła, że ostrzał Cchinwali przez wojska gruzińskie w nocy z 7 na 8 sierpnia zapoczątkował fazę konfliktu na dużą skalę; nie uznała go za prawnie uzasadniony. Równocześnie opisała wcześniejszą eskalację i rosyjską kampanię wykraczającą daleko poza obronę rosyjskiego personelu pokojowego. Odpowiedzialności za przebieg całego konfliktu nie da się więc wyjaśnić wskazaniem jednego pierwszego strzału.
Rosja po wojnie uznała niepodległość obu separatystycznych regionów i utrwaliła tam swoją obecność. Gruzja zachowała państwowość, lecz jej kontrola nad terytorium została ograniczona. Dla innych państw regionu był to dowód, że współpraca z Zachodem bez członkostwa nie jest równoważna z sojuszniczą obroną. Nie wynikało z tego, że każde państwo spoza NATO musi zostać zaatakowane; wynikało, że koszt rosyjskiego użycia siły zależy także od konkretnych zobowiązań zewnętrznych i gotowości ich wykonania.
Wojna stała się również punktem odniesienia dla przebudowy rosyjskiej armii. Reformy prowadzone pod kierownictwem ówczesnego ministra obrony Rosji Anatolija Sierdiukowa obejmowały zmiany struktur i odziedziczonego po ZSRR zaplecza, a późniejsza zmiana ministra nie oznaczała prostego odwrócenia tego procesu. Zdolność do przeprowadzenia operacji w 2014 roku wyrastała więc również z tych reform. Rosja nie wchodziła w kolejny konflikt z armią zachowaną w niezmienionej postaci od rozpadu ZSRR.
Na Ukrainie Janukowycz po objęciu władzy w 2010 roku przyjął kurs pozablokowy i zrezygnował z dążenia do członkostwa w NATO. Nie zakończyło to sporów z Rosją o zakres samodzielności państwa. W 2013 roku przedmiotem nacisku stała się umowa z Unią Europejską. To ważne ograniczenie wyjaśnienia sprowadzającego cały konflikt do rozszerzenia sojuszu wojskowego: Ukraina pozostająca poza NATO nadal podejmowała decyzje gospodarcze i polityczne, których Moskwa nie chciała zaakceptować.
Janukowycz: cena zmiany zdania
W 2013 roku Ukraina negocjowała umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską, obejmującą pogłębioną strefę wolnego handlu. Nie była to umowa o członkostwie w NATO ani zobowiązanie do szybkiego wejścia do UE. Jej znaczenie polegało na stopniowym wiązaniu ukraińskiej gospodarki i instytucji z europejskimi regułami. Dla przedsiębiorstw oznaczało to dostęp do rynku, ale także koszty dostosowania; dla państwa — zmiany prawa i sposobu działania administracji. W dłuższym okresie zmniejszałoby to możliwość organizowania polityki gospodarczej wyłącznie w porozumieniu z Moskwą.
Rosja proponowała Ukrainie integrację w ramach własnego projektu unii celnej i stosowała nacisk handlowy. W sierpniu 2013 roku zaostrzenie kontroli rosyjskich służb celnych utrudniło ukraiński eksport. Demonstracja miała czytelny sens: wybór porozumienia z UE mógł spowodować natychmiastowe koszty na rynku rosyjskim, zanim pojawiłyby się długofalowe korzyści z integracji europejskiej. Janukowycz musiał brać pod uwagę zarówno stan finansów państwa, jak i interesy przedsiębiorstw stanowiących część jego zaplecza.
21 listopada rząd premiera Ukrainy Mykoły Azarowa wstrzymał przygotowania do podpisania umowy przed szczytem Partnerstwa Wschodniego w Wilnie. Wywołało to protesty zwolenników integracji europejskiej. Ich początkowy przedmiot był konkretny: władze wycofały się z kierunku polityki, który same wcześniej przedstawiały jako pożądany. W nocy z 29 na 30 listopada oddziały Berkutu brutalnie rozpędziły pozostających na kijowskim Majdanie demonstrantów. Przemoc zmieniła charakter mobilizacji: do przeciwników decyzji gospodarczej dołączyli ludzie sprzeciwiający się biciu protestujących i bezkarności aparatu państwa.
Po pobiciu demonstrantów Janukowycz miał już do rozwiązania inny problem niż kilka dni wcześniej. Początkowo mógł próbować rozładować protest powrotem do negocjacji z UE. Po użyciu przemocy musiałby także wyjaśnić odpowiedzialność za działania służb i zapewnić, że represje się nie powtórzą. Zakres oczekiwań protestujących rozszerzył się, a wiarygodność obietnic władzy spadła. Jednocześnie powstawała infrastruktura długotrwałego protestu: miejsca noclegowe, dostawy, pomoc medyczna i grupy samoobrony. Opozycyjni politycy uczestniczyli w wydarzeniach, ale nie kontrolowali w pełni wszystkich ich uczestników. Negocjowanie z liderami partii nie gwarantowało zatem zakończenia protestu.
17 grudnia, podczas spotkania z Janukowyczem w Moskwie, Putin zaoferował ukraińskim władzom pakiet obejmujący zakup obligacji do wartości 15 miliardów dolarów oraz obniżkę ceny gazu. Wsparcie dawało Janukowyczowi możliwość złagodzenia presji finansowej bez porozumienia z UE i warunków związanych z pomocą zachodnich instytucji. Nie było jednak bezwarunkowym przekazaniem całej kwoty: realizacja etapami pozostawiała Moskwie wpływ na dalszą sytuację Kijowa. Pomoc gospodarcza wzmacniała więc zarazem zależność polityczną prezydenta w chwili, gdy jego pozycja wewnętrzna słabła.
16 stycznia 2014 roku parlament przyjął pakiet ustaw ograniczających protest i aktywność obywatelską, w kontrowersyjnym trybie głosowania. Część uczestników uznała to za zamknięcie pokojowej drogi nacisku. Od 19 stycznia dochodziło do ciężkich starć w rejonie ulicy Hruszewskiego, a 22 stycznia odnotowano śmiertelne ofiary postrzałów wśród protestujących. Pod koniec miesiąca Azarow podał się do dymisji i wycofano większość restrykcyjnych regulacji. Ustępstwa nie przywróciły jednak zaufania potrzebnego do zakończenia kryzysu.
W dniach 18–20 lutego przemoc w Kijowie osiągnęła największą skalę. Zginęło wielu demonstrantów i funkcjonariuszy; wśród protestujących były liczne ofiary ostrzału. Odpowiedzialność za poszczególne zabójstwa stała się przedmiotem wieloletnich postępowań, o różnym przebiegu i rozstrzygnięciach. Politycznym rezultatem był jednak gwałtowny rozpad zdolności Janukowycza do utrzymywania władzy: część jego zaplecza przestała go wspierać, a kompromis pozostawiający go na urzędzie stawał się dla protestujących coraz trudniejszy do zaakceptowania.
21 lutego Janukowycz podpisał porozumienie z trzema liderami opozycji parlamentarnej: Arsenijem Jaceniukiem, reprezentującym Batkiwszczynę, Witalijem Kliczką, przywódcą partii UDAR, i Ołehem Tiahnybokiem, przywódcą Swobody. Dokument przewidywał powrót do konstytucji z 2004 roku, rząd jedności narodowej i wcześniejsze wybory prezydenckie, najpóźniej w grudniu. W mediacji uczestniczyli szefowie dyplomacji Polski i Niemiec — Radosław Sikorski i Frank-Walter Steinmeier — oraz przedstawiciele Francji. Sikorski i Steinmeier podpisali dokument jako świadkowie porozumienia.
Proponowany kompromis pozwalał Janukowyczowi pozostać przez pewien czas na urzędzie, ale odbierał mu część kompetencji i otwierał drogę do wcześniejszych wyborów. Liderzy opozycji brali na siebie odpowiedzialność za przekonanie protestujących, że po zabójstwach na Majdanie nadal warto przyjąć takie rozwiązanie. Nie zdołali uzyskać jego akceptacji. To rozróżnienie ma znaczenie: porozumienie podpisane przez przywódców partii nie było równoznaczne ze zgodą ludzi, którzy przez poprzednie miesiące organizowali protest i ponosili jego koszty.
Janukowycz opuścił Kijów, a 22 lutego parlament stwierdził, że przestał wykonywać obowiązki, i wyznaczył wybory na 25 maja. Nie przeprowadzono pełnej konstytucyjnej procedury impeachmentu; zarazem działał wybrany wcześniej parlament, a część decyzji popierali również deputowani dotychczasowego obozu władzy. Ostateczny przebieg wydarzeń różnił się więc od scenariusza uzgodnionego zaledwie dzień wcześniej: zamiast stopniowego przekazywania kompetencji i przygotowania wyborów nastąpiła nagła zmiana władzy centralnej.
W Kijowie działał więc parlament, prezydent opuścił stolicę, a uzgodniony wcześniej sposób wyjścia z kryzysu przestał być wykonywany. Taki stan rzeczy dawał Rosji możliwość wykorzystania osłabienia ukraińskich instytucji. Nie dawał jej prawa do rozstrzygania, kto ma rządzić sąsiednim państwem, ani do zajęcia jego terytorium. Rozróżnienie między okazją do działania a uprawnieniem do niego jest tu konieczne: kryzys pomaga wyjaśnić wybór momentu operacji, ale nie uzasadnia agresji.
Najpierw kontrola, potem głosowanie
Na Krymie Rosja dysponowała warunkami, których nie miała w dowolnym regionie Ukrainy: istniejącą obecnością wojskową, infrastrukturą, znajomością miejscowych instytucji i powiązaniami politycznymi. W momencie dezorganizacji władz w Kijowie umożliwiało to szybkie przejęcie inicjatywy. 27 lutego uzbrojeni żołnierze bez oznaczeń zajęli budynki parlamentu i rządu autonomii. Następnie blokowano ukraińskie jednostki i przejmowano kontrolę nad kluczowymi obiektami. Spór o legalność lokalnych decyzji odbywał się już w warunkach zasadniczej przewagi militarnej Rosji.
Referendum z 16 marca nie poprzedzało tej zmiany układu sił; odbyło się po jej dokonaniu. Nie zapewniało swobodnego wyboru zachowania dotychczasowego statusu i zostało przeprowadzone z naruszeniem ukraińskich procedur konstytucyjnych. 18 marca Rosja podpisała dokumenty o włączeniu Krymu. Zgromadzenie Ogólne ONZ w rezolucji 68/262 potwierdziło integralność terytorialną Ukrainy i stwierdziło, że głosowanie nie może stanowić podstawy zmiany statusu półwyspu.
Militarnie aneksja zapewniała Rosji kontrolę nad bazami i swobodę rozbudowy potencjału na Morzu Czarnym bez negocjowania warunków z Kijowem. Politycznie pozwalała Putinowi przedstawić utratę sprzyjającej władzy na Ukrainie jako wydarzenie, na które odpowiedział zdobyczą terytorialną. Nie rozwiązywała jednak problemu wpływu na resztę państwa. Przeciwnie, użycie siły zwiększało ukraińską nieufność wobec Rosji i osłabiało pozycję zwolenników bliskiego związku z Moskwą.
W Donbasie przebieg był odmienny. Wiosną prorosyjskie grupy zajmowały budynki administracji, a uzbrojone formacje przejmowały kontrolę nad kolejnymi miejscowościami. Istniały rzeczywiste lokalne konflikty i obawy wobec zmian w Kijowie, lecz nie wyjaśniają one samodzielnie rozwoju wojny. Zewnętrzne dostawy broni, obecność rosyjskiego personelu i wsparcie organizacyjne umożliwiały kontynuowanie działań na skalę większą, niż sugerowałby opis spontanicznego lokalnego protestu. Ustalenia ETPC dotyczące efektywnej kontroli Rosji nad terenami separatystycznymi stanowią ważną przeciwwagę dla narracji o jej wyłącznie mediacyjnej roli.
11 maja separatystyczne władze przeprowadziły głosowania mające legitymizować powstanie „republik” w Doniecku i Ługańsku. Nie były one porównywalne ze zwykłymi wyborami odbywającymi się przy niezależnej administracji, sprawdzalnych listach i warunkach swobodnej kampanii. Ich funkcja polegała na dostarczeniu politycznej formy strukturom rozwijanym w warunkach przemocy. Późniejsze przedstawianie konfliktu jako sporu Kijowa z równorzędnymi podmiotami pozwalało Rosji ograniczać widoczność własnej odpowiedzialności.

Latem ukraińskie siły odzyskiwały część terytorium. Pod koniec sierpnia walki pod Iłowajskiem i udział regularnych sił rosyjskich pokazały, że Moskwa jest gotowa zwiększyć skalę interwencji, kiedy grozi porażka wspieranych przez nią struktur. Znaczenie tego momentu nie sprowadzało się do jednej bitwy. Oznaczał on, że odbudowa kontroli przez Ukrainę napotykała przeciwnika zdolnego do dostarczania kolejnych zasobów i zmiany lokalnej przewagi. Kijów prowadził wojnę z przeciwnikiem wspieranym przez mocarstwo, które mogło regulować zakres własnego zaangażowania.
Porozumienia mińskie z września 2014 roku nie zakończyły wojny. W lutym 2015 roku, podczas ciężkich walk o Debalcewe, kolejną próbę podjęli kanclerz Niemiec Angela Merkel, prezydent Francji François Hollande, prezydent Ukrainy Petro Poroszenko i Putin. Rozmowy w Mińsku z 11 na 12 lutego trwały ponad szesnaście godzin. Nie negocjowano w przerwie od działań zbrojnych: walki toczyły się również wtedy, gdy przywódcy ustalali warunki ich zatrzymania. Dla Poroszenki położenie własnych oddziałów było bezpośrednim ograniczeniem swobody negocjacyjnej.
Uzgodniony pakiet został podpisany przez przedstawicieli Ukrainy, Rosji, OBWE i struktur separatystycznych; czterej przywódcy poparli go w osobnej deklaracji. Łączył zawieszenie broni, wycofanie ciężkiego uzbrojenia i monitoring z wyborami lokalnymi, szczególnym statusem części Donbasu oraz reformą konstytucyjną. Odzyskanie przez Kijów kontroli nad granicą powiązano z wykonaniem elementów procesu politycznego. Merkel i Hollande pomagali zatem wynegocjować zatrzymanie walk, lecz samo osiągnięcie porozumienia nie rozstrzygało, kto będzie kontrolował warunki jego wdrażania.
Dla Kijowa kolejność wykonania porozumienia była równie ważna jak lista zapisanych w nim zobowiązań. Jeżeli wybory i szczególny status zostałyby wprowadzone, zanim Ukraina odzyska rzeczywistą kontrolę i bezpieczeństwo, do jej systemu politycznego weszłyby struktury nadal zależne od Rosji. Z perspektywy Moskwy mogłoby to oznaczać zachowanie wpływu na całe państwo za pośrednictwem części jego terytorium. Zawieszenie broni ograniczało przemoc, ale nie rozwiązywało tego sporu. Analizy procesu mińskiego wskazywały właśnie na możliwość wykorzystania reintegracji Donbasu do ograniczania samodzielności Ukrainy.
Dla obecnej dyskusji o Narwie ważne są warunki umożliwiające te operacje. Na Krymie Rosja wykorzystała własne bazowanie i załamanie działania części ukraińskich instytucji. W Donbasie podtrzymywała formacje zbrojne i interweniowała, gdy ich sytuacja się pogarszała. Żaden z tych mechanizmów nie wynika automatycznie z rosyjskojęzyczności mieszkańców regionu. Przeniesienie analogii na Estonię wymaga wykazania istnienia odpowiednich struktur, środków i słabości obrony. W przeciwnym razie geograficzne podobieństwo zastępuje analizę warunków powodzenia.
Cena, którą można było zapłacić
W 2014 roku Zachód odpowiedział sankcjami, nieuznaniem aneksji oraz stopniowym wzmacnianiem bezpieczeństwa sojuszników. Unia Europejska wprowadziła sankcje sektorowe, a NATO na szczycie w Walii przyjęło działania zwiększające gotowość. Nie doszło jednak do bezpośredniej interwencji militarnej w obronie Ukrainy. W następnych latach utrzymywano kontakty dyplomatyczne i część współpracy gospodarczej z Rosją.
Z rosyjskiej perspektywy rezultat mógł sugerować, że użycie siły przynosi trwałą korzyść terytorialną za cenę, którą państwo jest w stanie ponosić. Była to możliwa interpretacja doświadczenia, nie obiektywny dowód bezpieczeństwa następnej wojny. Sankcje zwiększały koszty, Ukraina rozwijała wojsko, a NATO zmieniało postawę na wschodzie. Rozpoczęcie budowy Nord Streamu 2 i ukończenie układania jego rur w 2021 roku pokazywały jednak, że nawet po aneksji istniała w Europie gotowość do dużych projektów energetycznych z Rosją.
Z takiego doświadczenia można było wyciągnąć dwa różne wnioski. Pierwszy: w warunkach z 2014 roku państwa zachodnie nie zdecydowały się bezpośrednio walczyć w obronie Ukrainy. Drugi: również w przyszłości nie zaakceptują dużych kosztów, aby przeciwstawić się rosyjskiej agresji. Pierwszy opisywał to, co się wydarzyło. Drugi wymagał założenia, że nowy atak nie zmieni kalkulacji przeciwników. Pomijał skalę możliwej operacji, zmiany zachodzące w Ukrainie i zdolność zagrożenia do konsolidowania wcześniej podzielonych partnerów.
Ta różnica ma znaczenie także po dzisiejszych incydentach. Ostrożna reakcja NATO dostarcza Moskwie informacji o jednym konkretnym zdarzeniu i warunkach, w których je oceniano. Może jednak zostać potraktowana jako szersze przyzwolenie. Błąd pojawia się wtedy, gdy obserwacja wcześniejszej powściągliwości zastępuje ocenę tego, co następny ruch zmieni po drugiej stronie.
Od 2014 roku pełnoskalową inwazję należało traktować jako poważny scenariusz, ponieważ Rosja wykazała gotowość użycia wojska dla ograniczenia ukraińskiej samodzielności, a wojna w Donbasie nie przyniosła trwałego rozwiązania zgodnego z jej celami. Nie można jednak uznać jej za z góry pewną. Do ataku na całe państwo potrzebne były dodatkowe decyzje, odpowiednie przygotowanie oraz przekonanie kierownictwa, że spodziewany rezultat uzasadnia ryzyko. Konflikt interesów nie wydaje rozkazów. Robią to ludzie, oceniając dostępne środki, możliwy opór i cenę innych rozwiązań.
Podobne zastrzeżenie dotyczy analogii z traktatem wersalskim. Utrata terytoriów, ograniczenia wojskowe i doświadczenie klęski tworzyły w Niemczech silny potencjał rewizjonizmu. Nie określały jednak automatycznie programu Adolfa Hitlera, przywódcy NSDAP i późniejszego dyktatora Niemiec, jego dojścia do władzy ani decyzji o rozpoczęciu wojny. Znaczenie miały także kryzys gospodarczy, rozpad politycznego centrum, wybory konserwatywnych elit i kolejne sukcesy agresywnej polityki. Traktat pomaga wyjaśnić warunki, które naziści wykorzystali; nie zastępuje wyjaśnienia ich konkretnych decyzji.
Dla Rosji użyteczny jest właśnie ten ograniczony zakres porównania: poczucie utraty statusu może zostać wykorzystane do legitymizowania rewizji granic, a wcześniejsze sukcesy przymusu mogą zwiększać skłonność do kolejnego ryzyka. Nie wynika z tego, że każdy porządek kwestionowany przez mocarstwo musi zakończyć się wojną. Taka teza uniemożliwiałaby ocenę, czy odstraszanie, koszty i zmiany polityczne rzeczywiście wpływają na jego decyzje.
Wojna z założeniem szybkiego końca
Rosyjski atak z 24 lutego objął kierunki znacznie wykraczające poza Donbas. Operacja przeciw Kijowowi oznaczała próbę oddziaływania na centralny ośrodek władzy, a nie wyłącznie zmianę linii frontu na wschodzie. Analizy rosyjskich przygotowań opublikowane po inwazji wskazują na zamiar szybkiego obezwładnienia państwa, dezorganizacji dowodzenia i narzucenia nowego porządku politycznego. RUSI, wykorzystując między innymi ukraińskie dane operacyjne i zdobyte materiały, opisywał plan bardzo krótkiej kampanii, po której miały nastąpić działania okupacyjne. Są to późniejsze rekonstrukcje, obciążone ograniczeniami dostępu do rosyjskich dokumentów, ale zgodne z kierunkami początkowych uderzeń.
Cel polityczny polegał na pozbawieniu Ukrainy zdolności prowadzenia polityki uznawanej w Moskwie za wrogą. Nie wymagało to koniecznie natychmiastowego formalnego włączenia całego kraju do Rosji. Państwo posiadające własną flagę i administrację, lecz pozbawione swobody wyboru sojuszy, polityki wojskowej i kluczowych partnerów, również realizowałoby znaczną część rosyjskich oczekiwań. W tym sensie „neutralność” narzucona pod przemocą mogłaby oznaczać zależność, a nie równą odległość od konkurujących bloków.
W wymiarze mocarstwowym podporządkowanie Ukrainy potwierdzałoby, że Rosja potrafi zmieniać porządek regionalny pomimo sprzeciwu Zachodu. Inne państwa musiałyby uwzględniać nie tylko rosyjskie żądania, lecz także dowód zdolności do ich wymuszenia. Znaczenie miałaby przy tym porażka zachodniego wsparcia: jeżeli Ukraina po latach współpracy z USA i Europą zostałaby szybko podporządkowana, wiarygodność tych partnerów uległaby osłabieniu, nawet bez formalnego zobowiązania do jej obrony.
Militarnie Kreml mógł oczekiwać ograniczenia zachodniej obecności i współpracy wojskowej na Ukrainie, odsunięcia potencjalnych systemów od rosyjskich granic oraz zwiększenia kontroli nad Morzem Czarnym. Gospodarczo znaczenie miały porty, przemysł, ziemia i infrastruktura, choć rachunek wojny nie sprowadzał się do wartości przejętych aktywów. Ich zdobywanie poprzez wojnę prowadziło do zniszczeń, odpływu ludności i kosztów okupacji. Rosyjskie działania mogły służyć również pozbawianiu Ukrainy dochodów i samodzielności, nawet gdy zniszczony potencjał nie dawał Rosji porównywalnej korzyści ekonomicznej.
Powodzenie takiego projektu wymagało szczególnych założeń o przeciwniku. Ukraińska administracja miała szybko utracić spójność, opór wojskowy miał być ograniczony, a część elit miała współpracować lub zachować bierność. RUSI opisywał rozbudowane rosyjskie przygotowania do działań niekonwencjonalnych, obejmujących rozpoznanie struktur państwa i budowanie wpływów. Sieć kontaktów nie jest jednak pilotem do sterowania państwem. Dostęp do urzędników i agentury nie zapewniał posłuszeństwa administracji ani społeczeństwa po rozpoczęciu napaści.
Błędna ocena odporności Ukrainy wpływała następnie na plan wojskowy. Jeżeli zakłada się szybki rozpad dowodzenia i administracji, można uznać za wystarczające siły, które nie wystarczą do długiej walki i okupacji. Atak na wielu kierunkach ma wtedy przyspieszyć załamanie, ale przy zdecydowanej obronie rozprasza zasoby. Braki logistyczne stają się szczególnie dotkliwe, gdy kampania trwa dłużej, niż przyjęto. Początkowy przebieg wojny pokazał właśnie rozbieżność między oczekiwanym politycznym rezultatem a faktyczną zdolnością wymuszenia go środkami wojskowymi.
Podobny błąd mógł dotyczyć Zachodu. Zależność części Europy od rosyjskiej energii, doświadczenie sankcji po 2014 roku i niechęć do bezpośredniej wojny dawały podstawy do oczekiwania ostrożności. Nie uzasadniały pewności, że zachodnie państwa zaakceptują likwidację ukraińskiej samodzielności. Rozmiar agresji mógł zmienić ich kalkulację, a utrzymanie się ukraińskiej władzy i obrony dawało pomocy wojskowej realnego odbiorcę. Gdy nie nastąpiło szybkie rozstrzygnięcie, Rosja stanęła wobec wojny prowadzonej w warunkach innych niż te, na których oparto plan.
Nie trzeba uznawać Putina za człowieka niezdolnego do kalkulacji, aby wyjaśnić tę decyzję. Rachunek może być poprawnie wykonany i dawać złą odpowiedź, jeśli wpisano do niego błędne dane. Putin mógł spójnie rozumować o Ukrainie i Zachodzie, które nie odpowiadały rzeczywistości. Przywódca przekonany, że przeciwnik szybko się rozpadnie, inaczej ocenia koszt wojny niż ten, który spodziewa się wieloletniego oporu. Może też przywiązywać niewielką wagę do strat, które poniosą inni. Dla dzisiejszej analizy ważniejsze od ogólnej etykiety jest ustalenie, jakie przekonania o NATO mogłyby skłonić rosyjskie kierownictwo do uznania ograniczonej agresji za wykonalną.
Cena oczekiwania
W 2021 roku ukraińskie członkostwo w NATO nadal nie miało bliskiego terminu, ale współpraca wojskowa z Zachodem mogła rozwijać się bez niego. Kolejne szkolenia i dostawy uzbrojenia zwiększały zdolność obrony państwa, którego polityka coraz trudniej poddawała się rosyjskiemu naciskowi. Z perspektywy Kremla czekanie mogło więc oznaczać pogarszanie własnej pozycji, nawet jeśli formalny status Ukrainy nie zmieniał się.
To interpretacja rosyjskiej kalkulacji, a nie wiedza o jednej naradzie, na której przesądzono termin wojny. Pozwala jednak zrozumieć, dlaczego samo zapewnienie, że Ukraina nie wejdzie szybko do NATO, mogło nie odpowiadać na rzeczywisty problem Putina. Chodziłoby wówczas również o to, jak samodzielna i jak trudna do podporządkowania stanie się Ukraina pozostająca poza Sojuszem.
Równocześnie rosyjskie kierownictwo mogło uznawać Zachód za przejściowo mniej zdolny do reakcji. OSW już w grudniu 2021 roku wskazywał na rosyjską percepcję kryzysu energetycznego, skutków pandemii, zmiany rządu w Niemczech, kampanii wyborczej we Francji i amerykańskiego skupienia na Chinach jako okoliczności sprzyjających wymuszeniu ustępstw. Nie oznaczało to obiektywnej niezdolności Zachodu do działania; chodziło o obraz sytuacji, który mógł wpływać na decyzje Moskwy.

Jeżeli Putin uznawał równocześnie, że Ukraina będzie coraz trudniejsza do podporządkowania, a Zachód jest właśnie przejściowo zajęty własnymi problemami, zwłoka mogła wyglądać na bardziej kosztowną niż działanie. Z takiej oceny nie wynikało, że atak rzeczywiście ma duże szanse powodzenia. Mogło jednak wynikać przekonanie, że później szanse będą jeszcze mniejsze. Decyzja o przyspieszeniu wojny może w ten sposób opierać się na przewidywaniu przyszłej słabości, nawet jeśli publicznie towarzyszą jej deklaracje siły.
Ten mechanizm jest istotny również wobec NATO. Rosja mogłaby porównywać własną odbudowę sił z tempem europejskich zbrojeń i wiarygodnością amerykańskiego zaangażowania. Jeżeli uzna, że pozycja przeciwnika będzie w przyszłości silniejsza, może inaczej ocenić koszt czekania. Jeżeli oceni, że czas działa na jej korzyść, presja bez otwartego konfliktu może pozostać bardziej atrakcyjna. Żaden z tych wariantów nie wynika automatycznie ze statystyk produkcji; oba wymagają analizy politycznej interpretacji zmieniającego się bilansu.
Ćwiczenia się kończą, sprzęt zostaje
Wiosenna koncentracja rosyjskich wojsk wokół Ukrainy była pierwszym dużym kryzysem militarnym tego roku. Od końca marca Rosja zwiększała gotowość i przemieszczała jednostki pod hasłem sprawdzianów oraz ćwiczeń. 22 kwietnia ówczesny minister obrony Rosji Siergiej Szojgu zapowiedział powrót części sił do miejsc stałej dyslokacji. Nie oznaczało to pełnego odtworzenia wcześniejszej sytuacji. Sprzęt przerzuconych z głębi Rosji pododdziałów 41. Armii pozostawiono między innymi na poligonie Pogonowo w obwodzie woroneskim.
Żołnierzy można ponownie dostarczyć szybciej niż ciężki sprzęt przewieźć przez znaczną część Rosji. Dlatego komunikat o ich powrocie do koszar nie odpowiadał jeszcze na pytanie, czy zniknęły warunki do następnej koncentracji. Pozostawione wyposażenie skracało część przyszłych przygotowań. Nie dowodziło decyzji o inwazji, ale sprawiało, że jej przygotowanie mogło wymagać mniej czasu i mniej widocznych przemieszczeń. Obserwator liczący wyłącznie wracających żołnierzy mógł zobaczyć uspokojenie tam, gdzie część zdolności do ponownego zwiększenia presji nadal pozostawała na miejscu.
Latem pojawił się ważny sygnał polityczny. W tekście z 12 lipca Putin przedstawił własną interpretację historycznej jedności Rosjan i Ukraińców, łącząc ją z zakwestionowaniem kierunku, w którym rozwijało się ukraińskie państwo. Tekst nie był planem operacyjnym i nie pozwalał wyznaczyć daty ataku. Pokazywał jednak, że spór w rosyjskiej narracji nie ograniczał się do konkretnych rodzajów uzbrojenia czy warunków zawieszenia broni. Dotyczył także prawa Ukrainy do trwałego politycznego oddzielenia od Rosji i związania się z Zachodem.
We wrześniu odbyły się ćwiczenia Zapad-2021. Ich znaczenie obejmowało sprawdzanie dowodzenia, mobilności i współdziałania z Białorusią. Ćwiczenia mogą być rzeczywistym szkoleniem, a jednocześnie ułatwiać koncentrację i tworzyć zaplecze przydatne w operacji. Ich oficjalna nazwa nie rozstrzyga, do czego zostaną wykorzystane zgromadzone siły. Dlatego istotne jest nie tylko to, kiedy formalnie się kończą, lecz także to, co pozostaje w terenie.
Jesienią amerykańskie ostrzeżenia zaczęły przybierać formę bezpośrednich rozmów z rosyjskim kierownictwem. Na początku listopada ówczesny prezydent USA Joe Biden wysłał do Moskwy dyrektora CIA Williama Burnsa. Według późniejszej relacji Burnsa zadanie obejmowało przedstawienie Putinowi i jego najbliższym współpracownikom szczegółowej wiedzy o przygotowaniach oraz konsekwencji ewentualnej inwazji. Amerykanie próbowali w ten sposób wpłynąć na decyzję, zanim przygotowania wojskowe przejdą w wykonanie rozkazu.
Burns opisywał później, że wrócił z tych rozmów bardziej zaniepokojony. W jego ocenie Putin nie podjął jeszcze nieodwracalnej decyzji, ale wyraźnie skłaniał się ku atakowi i uważał, że czas na podporządkowanie Ukrainy się kończy. To ważna różnica między nieudanym ostrzeżeniem a brakiem kontaktu: rosyjskie kierownictwo otrzymało sygnał, że jego przygotowania są rozpoznane, a mimo to je kontynuowało. Relację Burnsa znamy szerzej już z okresu po inwazji. Dla ówczesnego obserwatora publicznego znaczna część tych rozmów pozostawała niedostępna.
Na początku grudnia ujawniono amerykańskie ustalenia dotyczące możliwości dużej operacji z udziałem nawet około 175 tysięcy żołnierzy. Był to opis potencjalnego planu i skali przygotowań, a nie stwierdzenie, że wszystkie te siły już znalazły się na pozycjach. Wartość ostrzeżenia wynikała z jego związku z obserwowanymi ruchami wojsk. Z czasem coraz trudniej było wyjaśnić cały obraz wyłącznie rutyną szkoleniową.
W tym okresie nadal pozostawały co najmniej dwa poważne warianty: przygotowanie siły do wymuszenia ustępstw oraz przygotowanie siły do jej rzeczywistego użycia. W praktyce nie musiały się wykluczać. Wiarygodny szantaż wojskowy wymaga zdolności wykonania groźby, a operacja przygotowana do ataku może zostać zatrzymana, jeżeli przeciwnik wcześniej ustąpi. Zadaniem analizy nie było więc wykazanie, że każda jednostka ma tylko jedno możliwe zastosowanie, lecz sprawdzenie, czy rośnie gotowość do działania i czy cele polityczne dają się osiągnąć w negocjacjach.
17 grudnia rosyjskie MSZ opublikowało projekty porozumień z USA i NATO. Obejmowały zahamowanie dalszego rozszerzenia Sojuszu, ograniczenie współpracy wojskowej z państwami poradzieckimi pozostającymi poza NATO oraz daleko idące restrykcje dotyczące obecności i aktywności sojuszniczej. Odwołanie do rozmieszczenia z 1997 roku dotykało bezpośrednio bezpieczeństwa członków przyjętych później.
Dla Polski i państw bałtyckich problem nie polegał tylko na tym, czy Ukraina otrzyma kiedyś członkostwo. Przyjęcie rosyjskich propozycji ograniczałoby możliwość wzmacniania obrony już istniejących sojuszników i utrwalało szczególną pozycję Rosji w regionie. Związek między wojskami wokół Ukrainy a przyszłością NATO był więc konkretny: presja na państwo spoza Sojuszu towarzyszyła żądaniom dotyczącym jego członków.
Nie wszystkie tematy poruszone przez Rosję były z definicji nienegocjowalne. Możliwe były rozmowy o rakietach, przejrzystości ćwiczeń czy ograniczaniu ryzyka incydentów. NATO 26 stycznia 2022 roku przedstawiło propozycje w tych obszarach, podtrzymując jednocześnie zasadę swobody wyboru sojuszy. Rozróżnienie jest istotne: odrzucenie rosyjskiego prawa do ograniczania suwerenności sąsiadów nie oznaczało odmowy wszelkich rozmów o bezpieczeństwie.
Rozmowy trwają, przygotowania też
10 stycznia odbyły się rozmowy USA–Rosja w Genewie, 12 stycznia posiedzenie Rady NATO–Rosja, a 13 stycznia rozmowy w ramach OBWE. Nie przyniosły porozumienia w zasadniczych sprawach. Równolegle rozwijano rosyjskie siły, a Białoruś stawała się obszarem koncentracji dla kierunku północnego. To zmieniało charakter zagrożenia: wojska na Białorusi mogły działać w stronę Kijowa, a nie tylko wspierać operację we wschodniej Ukrainie.
W styczniu pojawiły się również działania poniżej progu otwartej inwazji. Microsoft opisał destrukcyjne oprogramowanie wymierzone w ukraińskie organizacje. Sama obecność cyberataku nie przesądzała o początku kampanii militarnej, lecz należała do szerszego obrazu presji i możliwego osłabiania państwa przed uderzeniem. Ważne było zachowanie precyzji atrybucji: nie wszystkie informacje o sprawstwie i powiązaniu poszczególnych operacji były znane w chwili ich wykrycia.
17 stycznia Wielka Brytania ogłosiła dostawy lekkich systemów przeciwpancernych i wsparcie szkoleniowe. Kilka dni później Londyn publicznie ostrzegał także przed rosyjskimi zamiarami narzucenia Ukrainie sprzyjających władz. W zachodniej reakcji stopniowo łączyły się więc pomoc wojskowa, ostrzeganie o celach politycznych i zapowiedź sankcji. Nadal nie była to deklaracja wysłania armii do bezpośredniej walki w obronie Ukrainy.
Pod koniec stycznia Reuters, powołując się na amerykańskich urzędników, informował o dostawach krwi i zabezpieczenia medycznego w pobliże Ukrainy. Nie był to publicznie dostępny kompletny wykaz rosyjskich zapasów; była to informacja wywiadowcza przedstawiona przez źródła administracji. Jej znaczenie polegało na wskazaniu przygotowań do przyjmowania rannych, a więc do realnego użycia sił, nie tylko ich obecności.
Szersza ocena logistyczna wymagała jednak więcej niż jednego typu dostawy. Wojska potrzebują paliwa, amunicji, środków naprawy, łączności, osłony i dowodzenia. Ich transport w pobliże granicy może służyć ćwiczeniom; rozmieszczenie w układzie odpowiadającym wielu kierunkom natarcia i zdolność podtrzymywania działania zwiększają wagę hipotezy ofensywnej. Szczególnie znaczące stają się przygotowania przydatne przede wszystkim do rzeczywistej operacji i trudne do utrzymywania przez długi czas bez kosztu. Żaden pojedynczy wskaźnik nie daje pewności, ale ich zgodność może uzasadniać zdecydowaną ocenę.
4 lutego Putin spotkał się z przywódcą Chin Xi Jinpingiem przy okazji igrzysk w Pekinie. Wspólne oświadczenie rosyjsko-chińskie krytykowało dalsze rozszerzenie NATO i przedstawiało zbieżne stanowiska wobec części istniejącego porządku międzynarodowego. Dokument pokazywał polityczne zbliżenie, lecz nie ujawniał, co chińskie kierownictwo wiedziało o konkretnym planie ataku. Z samej deklaracji partnerstwa nie można odtworzyć zakresu wcześniejszych uzgodnień.
Od 10 lutego trwała zasadnicza faza ćwiczeń rosyjsko-białoruskich. 11 lutego doradca prezydenta USA do spraw bezpieczeństwa narodowego Jake Sullivan ostrzegł, że inwazja może rozpocząć się w każdej chwili, również przed zakończeniem igrzysk. Wezwał obywateli amerykańskich do wyjazdu i zaznaczył, że nie będzie możliwości ich ewakuowania w warunkach wojny. Jednocześnie nie przedstawił wtedy jako pewnika podjęcia przez Putina ostatecznej decyzji. Rozdzielał wysoką gotowość wojskową od wiedzy o politycznym rozkazie.
15 lutego Biden mówił o ponad 150 tysiącach rosyjskich żołnierzy wokół Ukrainy i na Białorusi oraz o braku niezależnego potwierdzenia zapowiadanego wycofania. Rosyjskie komunikaty o powrocie części oddziałów do baz należało zestawiać z całością rozmieszczenia. Pojedynczy transport w przeciwną stronę nie musiał oznaczać zmniejszenia zdolności do ataku; inne jednostki mogły w tym czasie zajmować pozycje bliżej celu.
Rozmowy na najwyższym szczeblu trwały jednak niemal do końca. Prezydent Francji Emmanuel Macron 7 lutego spotkał się z Putinem w Moskwie, a następnego dnia z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim w Kijowie. Kanclerz Niemiec Olaf Scholz odbył podobną podróż w odwrotnej kolejności: 14 lutego rozmawiał w Kijowie, a 15 lutego w Moskwie. Podczas wizyty u Putina podtrzymywał gotowość do uzgadniania konkretnych środków poprawiających bezpieczeństwo. Europejscy przywódcy próbowali utrzymać możliwość porozumienia w czasie, gdy amerykańskie ostrzeżenia stawały się coraz bardziej stanowcze.
14 lutego USA ogłosiły przeniesienie działalności ambasady z Kijowa do Lwowa. W tym samym czasie Scholz przyjeżdżał więc do ukraińskiej stolicy prowadzić rozmowy, a amerykańska administracja ograniczała w niej obecność własnego personelu. Nie musiała to być sprzeczność ocen: próba zatrzymania wojny mogła trwać równocześnie z przygotowaniem na jej wybuch. Dla analityka sama obecność gości na Kremlu była dlatego słabym wskaźnikiem uspokojenia. Znacznie więcej mówiło to, czy rozmowom towarzyszyło rzeczywiste ograniczenie zdolności do ataku.
17 lutego ówczesny sekretarz stanu USA Antony Blinken przed Radą Bezpieczeństwa ONZ opisał możliwy mechanizm stworzenia pretekstu, propagandowego uzasadnienia i rozpoczęcia ataku. 18 lutego Biden publicznie stwierdził, że jest przekonany o podjęciu przez Putina decyzji o inwazji, i wskazał Kijów jako możliwy cel. W ciągu tygodnia komunikacja USA przeszła więc od ostrzeżenia o zdolności do natychmiastowego działania do stanowczej oceny zamiaru.
W Donbasie gwałtownie wzrosła liczba naruszeń zawieszenia broni rejestrowanych przez misję OBWE. Separatystyczne struktury ogłaszały ewakuacje i mobilizację, a rosyjska narracja przedstawiała Ukrainę jako stronę przygotowującą agresję. Dane obserwatorów o ostrzale nie pozwalały automatycznie przypisać odpowiedzialności za każdy wybuch, lecz potwierdzały realne pogorszenie sytuacji. Rosyjskie oskarżenia wymagały osobnej oceny dowodów, a nie przyjęcia ich jako wyjaśnienia całego wzrostu przemocy.
19 lutego Putin nadzorował ćwiczenia strategicznych sił odstraszania. 20 lutego nie zakończono rosyjskiej obecności na Białorusi zgodnie z pierwotnym terminem ćwiczeń. Utrzymanie zgrupowania zachowywało możliwość natarcia od północy, podczas gdy sygnalizacja nuklearna zwiększała koszt, jaki Zachód musiałby uwzględnić przy rozważaniu bezpośredniej interwencji.
21 lutego Rosja uznała niepodległość separatystycznych „republik”. Następnego dnia rosyjskie instytucje zatwierdzały rozwiązania umożliwiające formalne użycie sił, a Niemcy wstrzymały proces certyfikacji Nord Streamu 2. Uznanie „republik” nie ograniczało samo przez się dalszych działań do dotychczasowej linii rozgraniczenia; pozostawał problem roszczeń do terytoriów kontrolowanych przez Kijów. Rosja jednocześnie niszczyła podstawę procesu mińskiego, który zakładał pozostawanie tych terenów częścią Ukrainy.
24 lutego rozpoczęła się inwazja z terytorium Rosji, Białorusi i okupowanego Krymu, wsparta uderzeniami na cele w głębi Ukrainy. Jej skala rozstrzygnęła, że wcześniejszych działań nie można interpretować jako operacji ograniczonej do uznania Donbasu. Referenda przeprowadzone pod okupacją w kolejnych regionach we wrześniu 2022 roku należą do późniejszej fazy wojny; nie były elementem legitymizującym atak przed 24 lutego.
Publiczne tajne informacje
Przebieg przygotowań i samego ataku to jednak tylko część tej historii. Aby zrozumieć, dlaczego coraz dokładniejsze rozpoznanie rosyjskich planów nie zatrzymało wojny i nie doprowadziło do jednakowej oceny zagrożenia w Kijowie i na Zachodzie, trzeba wrócić do ostrzeżeń przekazywanych od jesieni 2021 roku — oraz do decyzji ludzi, którzy je otrzymywali.
Kiedy amerykański urzędnik ostrzegał przed inwazją, jego wypowiedź trafiała do ludzi mających do podjęcia różne decyzje. Analityk musiał sprawdzić ocenę zamiaru Rosji, dowódca przygotować oddziały, a prezydent określić również, co powiedzieć obywatelom i jakie koszty ponieść jeszcze przed atakiem. Przedsiębiorca albo rodzina planująca wyjazd stawiali sobie inne pytania niż sztab wojskowy. Ta sama informacja mogła więc prowadzić do różnych działań, a nawet do sporu o to, czy samo jej upublicznienie pomaga zagrożonemu państwu.
Amerykańska kampania miała kilka warstw. Misja Burnsa była próbą bezpośredniego wpłynięcia na rosyjskie kierownictwo. Kontakty z partnerami służyły uzgodnieniu obrazu zagrożenia i możliwej reakcji. Publiczne wystąpienia miały dodatkowo utrudnić Rosji przedstawienie przyszłego ataku jako odpowiedzi na nieprzewidywalny kryzys. Z czasem Waszyngton mówił nie tylko o liczbie wojsk, lecz także o możliwym sposobie politycznego przygotowania agresji.
14 stycznia 2022 roku ówczesny rzecznik Pentagonu John Kirby poinformował o amerykańskich ustaleniach dotyczących rozmieszczenia rosyjskich agentów w celu przeprowadzenia prowokacji, która miałaby wyglądać jak atak na Rosjan lub ludność rosyjskojęzyczną i posłużyć za pretekst do interwencji. Nie pokazał publicznie pełnego materiału pozwalającego niezależnie odtworzyć to ustalenie. Było to ujawnienie oceny wywiadowczej przez administrację, a nie udostępnienie całego zbioru dowodów.

Ta różnica jest ważna dla zrozumienia zarówno znaczenia kampanii, jak i części nieufnych reakcji. Odbiorca widział stanowcze ostrzeżenie, ale nie musiał znać pochodzenia informacji, jej szczegółowości ani stopnia zgodności między służbami. Publiczne twierdzenie, że istnieje plan, nie daje jeszcze dowódcy mapy celów, terminów i kolejności działań. Jednocześnie ujawnienie takich szczegółów mogłoby odsłonić Rosji źródła informacji i pozwolić je zlikwidować. Administracja musiała wybierać między przekonującą szczegółowością a ochroną dalszego dostępu do wiedzy.
W lutym ostrzeganie stało się bardziej konkretne. Sullivan mówił o możliwości rozpoczęcia inwazji w bardzo krótkim czasie, Blinken przed Radą Bezpieczeństwa ONZ opisywał sekwencję tworzenia pretekstu i ataku, a Biden przeszedł do publicznej oceny, że Putin podjął decyzję. Nie był to jeden komunikat powtarzany przez kilka miesięcy: zmieniały się poziom pewności, szczegółowość i polityczna odpowiedzialność osób przedstawiających ocenę.
Skala i ciągłość takiego uprzedzającego użycia informacji wywiadowczych były niezwykłe. Nie był to jednak pierwszy przypadek publicznego wykorzystania wywiadu przez USA: w kryzysie kubańskim ujawniono zdjęcia radzieckich instalacji rakietowych. Nowość kampanii z lat 2021–2022 polegała przede wszystkim na długotrwałym, selektywnym odsłanianiu przygotowań i możliwych pretekstów jeszcze przed rozpoczęciem nowej inwazji. Burns oceniał później, że odtajnianie utrudniało Putinowi narzucanie fałszywej opowieści o przyczynach wojny, zaznaczając zarazem, że taka praktyka powinna pozostać starannie stosowanym wyjątkiem.
Ukraina: między ostrzeżeniem a alarmem
20 listopada 2021 roku ówczesny szef ukraińskiego wywiadu wojskowego Kyryło Budanow mówił w wywiadzie dla „Military Times” o przygotowaniach Rosji do ataku na przełomie stycznia i lutego. Opisywał możliwą operację z kilku kierunków, w tym z Białorusi, oraz poprzedzające ją działania destabilizacyjne. Podkreślał podobieństwo ocen ukraińskich i amerykańskich. Na trzy miesiące przed inwazją to ukraiński urzędnik publicznie przedstawiał zatem scenariusz dużej wojny.
Prognoza terminu i części kierunków nie okazała się w pełni trafna. Nie można jednak na jej tle opisywać całych władz Ukrainy jako grupy, która początkowo odrzucała zagrożenie, a potem wspólnie je zrozumiała. Bardziej interesujący jest rozdźwięk między oceną służb, wypowiedziami politycznymi i zakresem podejmowanych przygotowań.
Na tym tle styczniowe wystąpienia Zełenskiego pokazują rzeczywisty rozdźwięk. 19 stycznia prezydent przekonywał obywateli, że zagrożenie istnieje od 2014 roku i że wzrosło przede wszystkim poruszenie wokół niego. Wzywał do zachowania spokoju i nieskupowania zapasów. Opisywał nadchodzące miesiące poprzez zwyczajne plany: święta, majowe spotkania przy grillu, egzaminy i wakacje. Była to świadomie uspokajająca opowieść o ciągłości normalnego życia, wygłoszona w czasie narastania rosyjskich przygotowań.
Ten argument miał jednak słaby punkt: zagrożenie trwające od ośmiu lat nie musiało przez osiem lat pozostawać takie samo. Doświadczenie wcześniejszych koncentracji zakończonych bez wielkiej inwazji mogło pomagać rozpoznawać szantaż, ale mogło też utrudniać zauważenie momentu, w którym przeciwnik przygotował już więcej niż demonstrację. Wypowiedź o normalnym kalendarzu życia miała uspokajać; dla obywatela mogła równocześnie stanowić argument przeciw przygotowaniom, które uznałby za kosztowne lub przesadne.
28 stycznia Zełenski nie wykluczał pełnoskalowej wojny, lecz krytykował wywoływanie paniki przez Waszyngton i media. Wskazywał na szkody gospodarcze i odrzucał obraz Ukrainy jako tonącego Titanica. To nie była wyłącznie różnica tonu. Prezydent zagrożonego państwa widział już bieżący koszt ostrzegania, podczas gdy część kosztu nieprzygotowania pozostawała warunkowa — miałaby się ujawnić dopiero po ataku.
Oba problemy były realne. Długotrwałe oczekiwanie wojny może skłaniać przedsiębiorstwa do wstrzymywania inwestycji, utrudniać transport i ubezpieczenia oraz powodować wyjazdy pracowników. Państwo może słabnąć jeszcze przed rozpoczęciem działań zbrojnych. Nie wynika z tego jednak, że ograniczenie publicznego alarmu powinno oznaczać ograniczenie przygotowań. Komunikacja z obywatelami, działania armii, zabezpieczenie administracji i ochrona ludności mogły rozwijać się w różnym tempie. Sam uspokajający ton nie dowodzi braku przygotowań; sam fakt prowadzenia przygotowań nie dowodzi, że były wystarczające.
14 lutego Zełenski ogłosił 16 lutego Dniem Jedności, odnosząc się do krążącej daty możliwej inwazji. Mychajło Podolak, doradca szefa kancelarii prezydenta, wyjaśniał Reutersowi, że wypowiedź miała częściowo ironiczny charakter; nie potwierdzała terminu ataku. Ten gest można odczytać jako próbę odebrania ostrzeżeniu jego paraliżującego działania. Ironia nie wyczerpywała jednak treści wystąpienia. W tym samym przemówieniu Zełenski mówił o poważnych zagrożeniach, zwiększaniu rosyjskiego kontyngentu i presji na gospodarkę. Wzywał też urzędników oraz parlamentarzystów, którzy wyjechali, do powrotu w ciągu doby. Uspokajanie i mobilizowanie do odpowiedzialności występowały obok siebie.
19 lutego w Monachium ciężar wypowiedzi przesunął się ku odpowiedzialności partnerów. Zełenski mówił o około 150 tysiącach rosyjskich żołnierzy przy granicach, domagał się sankcji zapobiegawczych i uruchomienia konsultacji w ramach memorandum budapeszteńskiego. Kwestionował skuteczność systemu bezpieczeństwa, który rozpoznaje groźbę, ale nie potrafi jej zatrzymać. W jego wystąpieniu nie chodziło już przede wszystkim o to, czy Zachód przesadza z ostrzeżeniami, lecz o to, dlaczego wiedza o zagrożeniu nie prowadzi do działań zdolnych zwiększyć bezpieczeństwo Ukrainy.
Po rosyjskim uznaniu separatystycznych „republik” następowały kolejne jawne decyzje przygotowawcze. 22 lutego Zełenski ogłosił powołanie rezerwistów, nadal nie ogłaszając powszechnej mobilizacji. 23 lutego Rada Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony zdecydowała o potrzebie wprowadzenia stanu nadzwyczajnego poza obwodami donieckim i ługańskim, gdzie obowiązywał odrębny reżim działań; tego dnia parlament zatwierdził stan nadzwyczajny. Były to konkretne zmiany zakresu działania państwa, a nie tylko zaostrzenie słownictwa.
Nie można na tej podstawie wyznaczyć jednej chwili, w której Zełenski „uwierzył w wojnę”. Można natomiast odtworzyć zmianę publicznych priorytetów: od przeciwstawiania się panice, przez podtrzymywanie jedności i żądanie działań zapobiegawczych od partnerów, po uruchamianie nadzwyczajnych środków wewnętrznych. Poszczególne instytucje mogły oceniać sytuację inaczej i wcześniej. Właśnie dlatego jest to użyteczne dla obecnej analizy: w państwie zagrożonym atakiem rozpoznanie, polityczna akceptacja oceny, decyzja i wykonanie nie muszą następować w tym samym czasie.
Najtrudniejsza pozostawała interpretacja celu rosyjskiego kierownictwa. Uznanie separatystycznych republik dawało Putinowi możliwość ogłoszenia sukcesu bez pełnoskalowej inwazji. Jeszcze analiza OSW z 22 lutego dopuszczała, warunkowo, wykorzystanie tego rezultatu do czasowego zatrzymania eskalacji, choć nie wykluczała dalszych działań. Przywołanie tej oceny jest ważne, ponieważ pokazuje realną niepewność ówczesnego rozumowania, a nie prosty podział na ludzi rozumiejących sytuację i tych, którzy ignorowali wszystkie sygnały.
Putin mógł więc zatrzymać eskalację na uznaniu „republik”, ale z istnienia takiej możliwości nie wynikało, że uzna ją za wystarczający sukces. Taki wybór był atrakcyjny, jeżeli jego celem było ograniczone uznanie wpływów i uniknięcie wielkich kosztów. Był mniej atrakcyjny, jeżeli priorytetem pozostawało podporządkowanie całej Ukrainy, a rosyjskie kierownictwo uważało szybką kampanię za wykonalną. Ta sama sytuacja dawała inne rekomendacje zależnie od przyjętego obrazu celów i kosztów.
Najgorszy scenariusz nie staje się przez to zawsze najbardziej prawdopodobny. Wiarygodność spokojniejszej oceny zależy jednak od tego, na czym została oparta. Jeżeli wyklucza atak tylko dlatego, że z naszej perspektywy byłby niekorzystny, wymaga dodatkowego uzasadnienia. Jeżeli opiera się również na braku odpowiednich przygotowań, realnych ograniczeniach sił i wiarygodnym odstraszaniu, ma mocniejsze podstawy. Nawet mniej prawdopodobny atak może uzasadniać przygotowania, jeśli koszt zaskoczenia byłby znacznie większy od kosztu ostrożności.
Tajemnica nie była warunkiem wojny
16 lutego 2022 roku rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa przedstawiała doniesienia o inwazji jako zachodnią kampanię dezinformacyjną. Zaprzeczała przygotowaniom i przywoływała uspokajające wypowiedzi ukraińskich władz przeciw amerykańskim ostrzeżeniom. W opublikowanym zapisie briefingu Rosja i Ukraina występowały jako strony zaprzeczające wojnie, a Zachód jako źródło paniki. Nie była to więc ostrożna wypowiedź o niepewności co do przyszłej decyzji. Rosyjska dyplomacja kwestionowała sam obraz sytuacji, na którym opierały się ostrzeżenia.
Był to ważny zabieg: sprzeciw Zełenskiego wobec ekonomicznych kosztów alarmu przedstawiano tak, jakby potwierdzał pokojowe zamiary Rosji. Te stanowiska nie były równoważne. Ukraina mogła obawiać się destabilizacji i jednocześnie przygotowywać do obrony; Rosja dysponowała wiedzą o własnych rozkazach i przygotowaniach. Po rozpoczęciu wielokierunkowej inwazji osiem dni później twierdzenia o braku przygotowań nie dawały się obronić jako zwykła pomyłka w ocenie przeciwnika.
Nie wiemy natomiast, które szczegóły rosyjskiego planu mogły zostać zmienione wskutek ujawniania informacji. Nie ma podstaw do stwierdzenia, że kampania USA nie wpłynęła absolutnie na nic. Wiemy, że nie osiągnęła najdalej idącego możliwego rezultatu: nie skłoniła Putina do rezygnacji z inwazji. To wystarcza do ważnego wniosku — utrata tajemnicy strategicznej nie pozbawia agresora możliwości działania, jeżeli nadal uważa, że dysponuje wystarczającą siłą i zdoła osiągnąć cel.
Znajomość zamiaru przeciwnika nie jest jeszcze zdolnością jego udaremnienia. Obrońca może wiedzieć o planowanym ataku, a mimo to nie mieć odpowiednich środków, czasu lub politycznej zgody na wszystkie potrzebne działania. Również partnerzy mogą trafnie ocenić zagrożenie i ograniczyć pomoc do zakresu, który nie zmienia zasadniczo kalkulacji agresora. Z rosyjskiej perspektywy ważniejsze od tego, czy Biden publicznie rozpoznał plan, mogło być to, czy rozpoznanie przełoży się na wystarczająco silną obronę Ukrainy i koszty dla Rosji. Jest to interpretacja mechanizmu decyzji, nie odtworzenie niejawnej narady na Kremlu.
Ujawnianie mogło równocześnie przynosić efekty na innych polach. Burns wskazywał na ograniczenie swobody rosyjskiej dezinformacji. Uprzedzenie partnerów mogło także ułatwiać przygotowanie reakcji, nawet jeśli nie zapewniło wspólnej oceny przed atakiem. Nie potrafimy wyizolować wpływu kampanii informacyjnej od wpływu samej inwazji, która była dla świata znacznie mocniejszym dowodem niż wcześniejsze ostrzeżenia. Odstraszanie zawiodło, choć wcześniejsze ostrzeganie mogło ułatwić przygotowanie reakcji. Te dwa rezultaty mieszczą się w tej samej historii.
Dla dzisiejszej Europy znaczenie ma również funkcja rosyjskich zapewnień. Dementi nie musi przekonać wszystkich, aby było przydatne. Może dostarczać argumentu za odłożeniem kosztownej decyzji, utrzymywać spór między sojusznikami lub pozwalać odbiorcom uznać, że kolejne ostrzeżenie jest przesadzone. Fakt, że takie zaprzeczenia poprzedziły inwazję na Ukrainę, obniża ich samodzielną wartość dowodową. Nie oznacza jednak, że każde obecne dementi potwierdza istnienie kolejnego planu wojennego. O istnieniu takiego planu świadczyłyby przygotowania i działania, nie samo użycie formuły, którą słyszeliśmy już wcześniej.
2021 czy 2022? Kalendarz nie wystarczy
Po prześledzeniu przygotowań z lat 2021–2022 łatwo zacząć dopasowywać do nich każde dzisiejsze zdarzenie. Rosyjskie zaprzeczenie przypomina wcześniejsze zaprzeczenie, alarmująca wypowiedź przywódcy — wcześniejsze ostrzeżenie, a incydent przy granicy — początek większego kryzysu. Takie podobieństwa uzasadniają pytania. Nie rozstrzygają jeszcze, czy Rosja przygotowuje podobną operację przeciw innemu przeciwnikowi.
We wrześniu 2026 roku Rosja już prowadzi dużą wojnę. Zużywa w niej ludzi i sprzęt, ale równocześnie zdobywa doświadczenie, zwiększa produkcję wojskową i przekształca instytucje państwa. Jest zatem jednocześnie ograniczana przez istniejący konflikt i zmieniana przez jego prowadzenie. Porównanie z 2021 rokiem musi uwzględniać oba procesy, zanim przejdzie do pytania o następny możliwy atak.
Estoński wywiad zagraniczny w raporcie opublikowanym w lutym 2026 roku oceniał, że Rosja nie zamierza w nadchodzącym roku atakować Estonii ani innych członków NATO. Ocena uwzględniała wpływ działań obronnych Europy. Ten sam raport opisywał jednak rozwój rosyjskich zdolności bezzałogowych i produkcji amunicji. Nie ma między tymi stwierdzeniami koniecznej sprzeczności: państwo może zwiększać możliwości przyszłego działania, nie podejmując decyzji o ich użyciu w danym horyzoncie.

Dla porównania z 2021 rokiem istotny jest sposób przejścia od potencjału do zdolności dostępnej na konkretnym kierunku. Fabryka produkująca więcej amunicji nie mówi jeszcze, czy pociski trafią na front ukraiński, do magazynów czy do jednostek przy granicy NATO. Utworzenie nowej formacji na papierze nie rozstrzyga, czy posiada personel, wyposażenie i zaplecze. Z drugiej strony brak dużej koncentracji wojsk lądowych nie eliminuje zdolności do uderzenia rakietowego, operacji z użyciem dronów lub dywersji. Każdy wariant wymaga innego zestawu dowodów.
W 2021 roku ważną zmianą było tworzenie zgrupowania zdolnego zaatakować Ukrainę na wielu kierunkach. W przeanalizowanych materiałach dotyczących obecnej sytuacji nie ma wystarczającego potwierdzenia analogicznego rozwinięcia przeciw NATO. Jest natomiast podstawa do badania możliwości działań ograniczonych i ich politycznych następstw. Oznacza to inną konstrukcję zagrożenia, a nie jego brak. System obserwujący wyłącznie pociągi z czołgami mógłby przeoczyć przygotowanie operacji o mniejszym początkowym rozmiarze.
Narwa nie leży na Krymie
Po jednej stronie rzeki leży estońska Narwa, po drugiej rosyjski Iwangorod. Znaczna część mieszkańców Narwy mówi po rosyjsku, a bliskość granicy ułatwia wyobrażenie sobie operacji wykorzystującej lokalny kryzys do wprowadzenia rosyjskich sił. Stąd częste odwołania do Krymu i Donbasu. Na mapie taka analogia powstaje łatwo. W terenie jej użyteczność zależy od tego, kto kontroluje instytucje, jakie siły są dostępne, czy istnieją struktury zdolne wesprzeć operację i jak zareagują sojusznicy.
Sam język mieszkańców nie odpowiada na żadne z tych pytań. Rosyjskojęzyczny obywatel Estonii nie jest z tego powodu zwolennikiem aneksji, a lokalne niezadowolenie nie tworzy automatycznie zaplecza dla zbrojnej operacji. W 2014 roku Rosja potrzebowała czegoś więcej niż bliskości kulturowej, aby przejąć i utrzymać kontrolę.
Obecny wzrost zainteresowania ma konkretne źródła. Rosyjska FSB wprowadziła od 16 do 26 września ograniczenia po rosyjskiej stronie granicy w rejonach kingiseppskim i słancewskim. Dotyczyły między innymi ruchu małych jednostek na części rzeki, nocnego przemieszczania się poza miejscowościami w pasie przygranicznym oraz polowania i noszenia broni. Estońska Policja i Straż Graniczna wskazywała, że podobne działania zdarzały się wcześniej: nie były codzienną rutyną, ale nie stanowiły też same w sobie nadzwyczajnego dowodu przygotowania napaści. Wzmacnianie ochrony rosyjskiego brzegu nie miało publicznie ustalonego związku z całością tych restrykcji.
Ograniczenia dostępu do terenu mogą służyć ochronie granicy, działaniom służb, kontroli ruchu ludności albo osłanianiu aktywności wojskowej. Aby rozstrzygnąć między tymi wyjaśnieniami, potrzebne są dodatkowe informacje. Waga hipotezy ofensywnej wzrosłaby, gdyby pojawiły się niezależne ustalenia o odpowiednio ukierunkowanym rozwinięciu sił, przygotowaniu zaplecza i działaniach przeciw estońskim instytucjom. Bez tego administracyjny zakaz ruchu pozostaje sygnałem wymagającym sprawdzenia, a nie dowodem, że rozpoczęto przygotowanie konkretnego ataku.
21 września ISW opublikował hipotetyczny scenariusz ograniczonej operacji przeciw Narwie. Zakładał on połączenie niewielkiego działania lądowego z wykorzystaniem rozwiniętych zdolności bezzałogowych, tak aby wystawić na próbę reakcję NATO. Autorzy wyraźnie odróżnili scenariusz od prognozy. Jego przebieg opierał się między innymi na założeniach dotyczących rosyjskiej agentury, możliwości zaskoczenia i niewystarczającej szybkości skutecznej odpowiedzi obrońców. Założenia te nie stają się potwierdzonym stanem faktycznym przez samo opublikowanie analizy.
Dla oceny takiego wariantu najważniejsze jest rozdzielenie trzech problemów: rozpoczęcia operacji, utrzymania jej rezultatu i uzyskania korzyści politycznej. Krótkotrwałe opanowanie obiektu nie oznacza zdolności utrzymania kontroli nad miastem. Utrzymanie niewielkiego obszaru nie oznacza, że NATO uzna zdobycz. Wymuszenie rozmów nie oznacza uzyskania pożądanych ustępstw. Rosyjski plan musiałby zakładać określony przebieg reakcji obrońcy na każdym z tych etapów. To właśnie te założenia, a nie jedynie zdolność wykonania pierwszego ruchu, określałyby jego ryzyko.
Historia Krymu pomaga wskazać różnice. W lutym 2014 roku ukraińskie centrum władzy przechodziło gwałtowny kryzys, a Rosja posiadała na półwyspie rozbudowaną obecność wojskową. Obecna Estonia nie znajduje się w porównywalnej sytuacji ustrojowej i należy do NATO. Ewentualny atak nie byłby zatem powtórzeniem tej samej operacji przy zmienionej nazwie miasta. Musiałby uwzględniać działające estońskie instytucje, reakcję sił narodowych i możliwe natychmiastowe zaangażowanie sojuszników.
Porównanie z Donbasem również wymaga ostrożności. Tam rosyjska interwencja rozwijała się w warunkach istniejących formacji zbrojnych, przejmowania administracji i osłabionej kontroli państwa. Język ludności był wykorzystywany w narracji legitymizującej działania, ale sam nie tworzył wojskowej zdolności zajęcia i utrzymania terenu. W Estonii należałoby wykazać rzeczywiste organizowanie przemocy i wsparcia, zamiast traktować demografię jako zastępczy dowód przygotowania operacji.
23 września sekretarz generalny estońskiego MSZ Jonatan Vseviov zakwestionował doniesienia sugerujące bliski atak Rosji i ostrzegł przed łączeniem oddzielnych informacji w nieuzasadnioną alarmistyczną opowieść. Była to ostrożniejsza ocena przedstawiona przez wysokiego urzędnika państwa, którego bezpośrednio dotyczyły alarmujące scenariusze. Nie daje gwarancji, że sytuacja nie ulegnie zmianie. Samo podobieństwo do uspokajających wypowiedzi sprzed 2022 roku również nie podważa tej oceny. Wówczas istniały dodatkowe dowody rozbudowanych przygotowań; to ich odpowiednik, a nie znajomy ton wypowiedzi, zmieniałby wagę dzisiejszego porównania.
Obawy o ograniczoną agresję są więc uzasadnionym przedmiotem planowania obronnego. Twierdzenie, że napaść na Narwę jest już zdecydowana i bliska, wykracza poza przedstawiony materiał. Te dwie oceny można utrzymać jednocześnie. Państwo powinno przygotowywać się również na scenariusze, których nie uznaje za najbardziej prawdopodobne, szczególnie gdy koszt zaniedbania byłby bardzo wysoki.
Brak ofiar nie zamyka sprawy
1 września estońskie MSZ poinformowało o dronach lecących wzdłuż wschodniej granicy i wchodzących w estońską przestrzeń powietrzną. Uruchomiono ostrzeganie, a z Ämari poderwano samoloty NATO. Komunikat potwierdzał zdarzenie oraz reakcję, ale nie pozwalał samodzielnie przypisać każdego obiektu Rosji ani ustalić zamiaru ataku na Estonię. Wartość takiej informacji jest większa niż samej relacji o ćwiczeniach czy rutynowym locie, ponieważ doszło do naruszenia granicy. Jej znaczenie pozostaje jednak zależne od dalszych ustaleń.
Jeżeli wojskowy statek powietrzny przekracza granicę, pierwsze ustalenie dotyczy samego naruszenia. Następne pytania zmieniają jednak ocenę: jaki obiekt wleciał, czy znamy jego pochodzenie, jak długo pozostawał w obcej przestrzeni, czy użył uzbrojenia i jak zachował się po reakcji obronnej. Krótkie naruszenie zakończone odlotem, lot kontynuowany mimo ostrzeżeń i uderzenie w obiekt na ziemi nie stają się militarnie równoważne dlatego, że we wszystkich przypadkach przekroczono tę samą granicę.
Podobnie jest z ofiarami. Ich brak może wynikać z niewielkiej skali zdarzenia, skutecznej obrony albo po prostu z tego, że w miejscu uderzenia nie było ludzi. Pocisk, który nikogo nie zabił, nadal może świadczyć o poważnej zmianie sposobu działania. Ocena zależy więc od tego, co zrobiono i w jakich warunkach, a nie wyłącznie od końcowego bilansu.
Nie ma też prostej równoważności między intencją a skutkiem. Nieustalone pochodzenie pocisku nie usuwa potrzeby reakcji na eksplozję. Potwierdzenie rosyjskiego pochodzenia nie dowodzi jeszcze, że wybrano cel na terytorium NATO. Z kolei wyjaśnienie wskazujące na błąd techniczny może zmniejszyć podejrzenie świadomego ataku, lecz nie cofnąć wcześniejszego podniesienia gotowości i związanej z nim zmiany warunków działania. Dlatego ocena musi być aktualizowana wraz z wiedzą, bez traktowania pierwszej interpretacji jako nieodwracalnej.
W działaniach skrytych podobny problem dotyczy sprawstwa. Unia Europejska oficjalnie przypisywała Rosji kampanie sabotażowe, cybernetyczne i informacyjne; oświadczenie z lipca 2026 roku wskazywało również konkretne rosyjskie struktury. Są to oceny państwowe, których wagi nie można utożsamiać z anonimową spekulacją po dowolnej awarii. Nie oznacza to jednak, że każdy późniejszy pożar czy przerwa w działaniu infrastruktury ma automatycznie tego samego sprawcę.
Termin „hybrydowy” opisuje łączenie narzędzi i utrudnianie rozpoznania odpowiedzialności. Nie wyznacza górnej granicy szkód. Skryta operacja może przerwać dostawy, zniszczyć istotny obiekt lub spowodować śmierć ludzi. Może też służyć rozpoznaniu procedur ochrony i czasu reakcji. Skutek takiej operacji może więc obejmować zarówno wyrządzone szkody, jak i wiedzę przydatną przy następnym działaniu. Rozpoznawczy cel konkretnego incydentu pozostaje jednak hipotezą, dopóki nie potwierdzają go dodatkowe ustalenia.
Powtarzalność ma znaczenie dopiero po ustaleniu, co się powtarza. Wiele relacji o jednym locie nie tworzy serii naruszeń. Nowy incydent w podobnym miejscu może natomiast dostarczać informacji o trwałości presji lub o nieskuteczności dotychczasowej reakcji. Należy badać czas, miejsce, sposób działania i odpowiedź, a następnie ustalać, czy pojawia się wzorzec. Dopiero na tej podstawie można oceniać, czy Rosja sprawdza tolerancję przeciwnika, prowadzi rozpoznanie, próbuje wymuszenia czy stwarza coraz większe ryzyko niezamierzonego starcia.
Między ostrzeżeniem a zobowiązaniem
17 września premier Polski Donald Tusk ostrzegał w Sejmie przed możliwością rosyjskich uderzeń dronami lub rakietami na terytorium państw wspierających Ukrainę, przedstawianych później jako przypadkowe. Relacja AP dotyczyła zatem scenariusza ograniczonego działania z próbą rozmycia odpowiedzialności, a nie zapowiedzi wielokierunkowej inwazji. 18 września Emmanuel Macron omawiał z przywódcami francuskich partii nasilające się zagrożenie hybrydowe i ochronę infrastruktury. Również ten komunikat nie ujawniał terminu rosyjskiej kampanii przeciw NATO.
Minister koordynator służb specjalnych Tomasz Siemoniak po spotkaniu z dyrektorem CIA Johnem Ratcliffem informował o przekazaniu premierowi szczegółowego raportu. Publicznie potwierdzono więc rozmowę, wymianę informacji i raport polskiego koordynatora; ich niejawnej treści nie można odtworzyć na podstawie samej rangi uczestników. Stwierdzenie, że USA przekazały Polsce konkretny harmonogram ataku, wymagałoby osobnego potwierdzenia.
Podobieństwo do 2021 roku obejmuje intensywną wymianę wywiadowczą i publiczne ostrzeganie partnerów. Różnica polega na stopniu sprecyzowania publicznej oceny. W lutym 2022 roku USA wskazywały konkretny kraj, charakter dużej operacji i bardzo krótki horyzont, a ostrzeżeniom towarzyszył obraz rozwiniętych sił. Obecne przywołane komunikaty dotyczą kilku rodzajów działania. Nie tworzą przez to jednego ujawnionego planu rosyjskiej operacji.

Wypowiedź przywódcy może równocześnie opisywać zagrożenie, ostrzegać przeciwnika i przygotowywać społeczeństwo do wydatków obronnych. Funkcje te nie unieważniają jej treści. Wymagają natomiast sprawdzenia, czy chodzi o aktualną wiedzę operacyjną, ocenę rozwoju zdolności w perspektywie kilku lat czy uzasadnienie środków zapobiegawczych. Zapowiedź, że Rosja może odzyskać określone możliwości, nie jest tym samym co informacja, że wydano rozkaz ich użycia.
Polityka USA ma dla rosyjskiej kalkulacji szczególne znaczenie, ponieważ amerykańskie siły, rozpoznanie i możliwości wzmocnienia stanowią dużą część potencjału NATO. Rosja musi jednak oceniać również wolę ich użycia. Polityczne spory o podział kosztów i zakres zaangażowania mogą zwiększać niepewność, nawet jeśli konkretne zdolności pozostają w Europie. Niepewność nie oznacza automatycznie wycofania zobowiązań; może jednak prowadzić Moskwę do błędnego oszacowania granic amerykańskiej reakcji.
17 września prezydent USA Donald Trump informował o postępie w sprawie stałej bazy w Polsce. 23 września estoński resort obrony potwierdził plan przybycia w listopadzie nowego amerykańskiego kontyngentu, po wcześniejszym ograniczeniu obecności. Zapowiedzi mają znaczenie polityczne, lecz komunikat prasowy nie pełni dyżuru bojowego. Ogłoszona baza nie jest jeszcze działającą bazą, a zapowiedziana rotacja nie zastępuje sił dostępnych w dniu kryzysu.
W porównaniu z 2021 rokiem NATO ma też inną geografię. Finlandia przystąpiła do Sojuszu w kwietniu 2023 roku, Szwecja w marcu 2024 roku. Ułatwia to wspólne planowanie obrony północnej Europy i wykorzystanie infrastruktury regionu. Jednocześnie sama akcesja nie usuwa ograniczeń transportu, obrony powietrznej czy zapasów. Cele finansowe przyjęte przez NATO w Hadze w 2025 roku określają przyszły wysiłek; nie wolno liczyć ich jako zdolności już osiągniętych.
Dla rządu państwa bałtyckiego praktyczne pytania dotyczą wobec tego dostępnej pomocy: które jednostki podejmą walkę od razu, kiedy przybędą następne i co może opóźnić ich użycie. Rosyjscy planiści musieliby oszacować te same terminy, a także gotowość polityczną sojuszników do wykonania planów. Łączna przewaga gospodarcza Sojuszu ma duże znaczenie dla długiej wojny. W pierwszych godzinach ograniczonego ataku ważniejsze mogą być lokalna gotowość, szybkość decyzji i odporność na zakłócenia. Długoterminowy potencjał i krótkoterminowa dostępność nie są konkurującymi ocenami; opisują różne etapy tego samego kryzysu.
To już słyszeliśmy. Co z tego wynika?
21 września 2026 roku rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow zapewniał, że Rosja nie zagraża Francji ani innym państwom europejskim, nikogo nie szantażuje i nie ma sporów, które prowadziłyby do poważnych rozbieżności. Odpowiadał w ten sposób na krytykę rosyjskich działań we Francji. Podobieństwo do 2022 roku dotyczy sposobu komunikowania: stanowczemu zaprzeczeniu towarzyszy odrzucenie samej zasadności obaw przeciwnika. O tym, czy za podobnym językiem stoją podobne przygotowania, muszą jednak rozstrzygać inne dowody niż powtórzenie znanej formuły.
23 września sekretarz stanu USA Marco Rubio, podczas konferencji prasowej w Nowym Jorku w czasie sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ, ostrzegał przed rozszerzeniem wojny wskutek działań hybrydowych, sabotażu lub nieporozumienia, na przykład błędu pilota prowadzącego do walki. Według relacji prasowej podnosił ten problem również w rozmowach z innymi państwami. Jest to ostrzeżenie o możliwym mechanizmie eskalacji. Nie zawiera samo w sobie publicznego potwierdzenia, że rozpoznano zatwierdzony rosyjski plan ataku na określone państwo NATO.
Ta różnica wobec ostatnich tygodni przed 24 lutego 2022 roku jest zasadnicza. Wówczas USA przechodziły do wskazywania przeciwnika, celu i krótkiego horyzontu działania, a ich komunikaty można było zestawiać z koncentracją wojsk. Obecne ostrzeżenie o utracie kontroli może być uzasadnione także wtedy, gdy żadna strona nie planuje dużej wojny: wystarczy zdolność do ograniczonej operacji oraz ryzyko, że jej skutki wywołają odpowiedź większą od przewidywanej. Zarazem mniej szczegółowa wypowiedź publiczna nie dowodzi, że służby nie posiadają bardziej szczegółowych informacji. Granica wiedzy publicznej nie jest granicą wiedzy państwa.
Różnice w tonie europejskich wypowiedzi również nie muszą świadczyć o prostym podziale na przestraszonych i wypierających zagrożenie. 23 września minister spraw zagranicznych Estonii Margus Tsahkna mówił Reutersowi, że nie widzi przygotowań i zdolności Rosji do bliskiej agresji militarnej przeciw NATO, wskazując na jej zaangażowanie w Ukrainie. Jednocześnie opisywał rosyjskie działania jako próbę wywołania strachu i podziałów. Minister spraw zagranicznych Litwy Kęstutis Budrys mówił natomiast o ryzyku geograficznego rozszerzania presji, w tym poprzez ataki na infrastrukturę i inne działania hybrydowe. Wypowiedzi te odnosiły się do różnych form zagrożenia i mogły być równocześnie trafne.
Wyparcie można podejrzewać wtedy, gdy nowe dowody nie prowadzą do ponownego sprawdzenia wcześniejszego przekonania: każdy incydent z góry uznaje się za przypadek, każdą koncentrację za ćwiczenie, a każde ostrzeżenie za polityczną grę. Alarmizm działa w przeciwnym kierunku — każda informacja potwierdza oczekiwanie wojny, również wtedy, gdy dotyczy innego rodzaju operacji. Są to możliwe błędy rozumowania, nie diagnozy całych społeczeństw. Aby przypisywać je konkretnym państwom lub grupom, potrzebne byłyby dane o postawach i decyzjach, nie tylko wybór kilku wypowiedzi polityków.
Praktyczna lekcja ukraińska dotyczy zatem sposobu przechodzenia od ostrzeżenia do działania. Można nie uznawać wojny za najbardziej prawdopodobną i jednocześnie przygotowywać ochronę ludności, sprawdzać łączność, zabezpieczać infrastrukturę i ćwiczyć reakcję. Takie działania nie wymagają publicznego ogłoszenia, że atak jest nieuchronny. W 2022 roku spór o to, czy ostrzeganie wywołuje panikę, przesłaniał niekiedy ważniejsze pytanie: które przygotowania warto przeprowadzić nawet wtedy, gdy dokładny termin i ostateczna decyzja przeciwnika pozostają niepewne. Dzisiaj również możliwe jest przygotowanie do konkretnego zagrożenia bez ogłaszania, że wojna została już przesądzona.
Małe terytorium, duża stawka
Rosja nie musiałaby próbować pokonać wszystkich armii NATO, aby poprzez użycie siły dążyć do dużej korzyści politycznej. Mogłaby liczyć na zajęcie niewielkiego obszaru albo przeprowadzenie ograniczonego uderzenia, po którym sojusznicy nie zdołaliby uzgodnić skutecznej odpowiedzi. W takim scenariuszu stawką byłoby przekonanie państw regionu, że ich bezpieczeństwo zależy bardziej od porozumienia z Moskwą niż od zobowiązań partnerów. Jest to możliwa kalkulacja, nie ustalenie, że taki plan został przyjęty.
To cel inny niż podporządkowanie całej Ukrainy. Długotrwała wojna z całym Sojuszem oznaczałaby dla Rosji przeciwnika o znacznie większych łącznych zasobach i bezpośrednie ryzyko konfrontacji mocarstw nuklearnych. Aby uznać ograniczoną operację za korzystną, Kreml musiałby więc założyć nie tylko, że potrafi ją rozpocząć, lecz także, że zdoła utrzymać odpowiedź przeciwnika w akceptowalnych granicach.
Polityczny skutek nie musiałby być proporcjonalny do liczby zajętych kilometrów. Jeżeli jeden członek Sojuszu pozostałby bez skutecznej pomocy, pozostałe państwa oceniałyby również wiarygodność własnej ochrony. Właśnie dlatego reakcja NATO mogłaby być znacznie większa, niż sugerowałby początkowy rozmiar rosyjskiej operacji. Mały obszar nie oznaczałby dla sojuszników małej stawki.
Rosja mogłaby próbować ograniczyć tę reakcję, wykorzystując spór o sprawstwo, proporcjonalność odpowiedzi albo obawę przed rozszerzeniem wojny. Żaden z tych czynników nie pozostaje jednak pod jej wyłączną kontrolą. Próba wykazania, że NATO nie obroni jednego z członków, mogłaby stać się właśnie powodem, dla którego partnerzy uznaliby zdecydowaną odpowiedź za konieczną. Agresor wybiera pierwsze działanie, ale nie wybiera samodzielnie znaczenia, jakie nada mu przeciwnik.
Artykuł 5 nie narzuca wszystkim państwom jednego automatycznego sposobu działania. Zobowiązuje do udzielenia pomocy, przy czym każde państwo podejmuje działania uznane za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej. Nie oznacza to również, że obrońcy muszą bezczynnie czekać na zakończenie wszystkich konsultacji: państwo zaatakowane ma własne siły i prawo do obrony, a partnerzy mogą działać narodowo i wspólnie. Rosyjskie założenie o politycznej zwłoce mogłoby więc zostać podważone już przez pierwszą odpowiedź.
Gospodarcza kalkulacja takiej operacji byłaby pośrednia. Kreml mógłby oczekiwać osłabienia pomocy Ukrainie, wymuszenia negocjacji lub zmiany polityki sankcyjnej. Nie byłoby jednak podstaw do zakładania, że ograniczona geografia uchroni Rosję przed szerokimi kosztami. Państwa zachodnie mogłyby zwiększyć dostawy uzbrojenia, ograniczyć pozostałe relacje gospodarcze i przyspieszyć wzmacnianie wschodniej flanki. Narzędzie mające zmniejszyć zagrożenie dla rosyjskiej pozycji mogłoby w rezultacie znacząco je zwiększyć.
Groźba nuklearna mogłaby służyć ograniczaniu odpowiedzi NATO, lecz nie zapewniałaby kontroli nad jej przebiegiem. W kryzysie kubańskim w 1962 roku przywódca ZSRR Nikita Chruszczow i ówczesny prezydent USA John F. Kennedy musieli znaleźć warunki wycofania się z konfrontacji, którą uruchomiło rozmieszczenie radzieckich rakiet na Kubie. 27 października, w dniu zestrzelenia amerykańskiego samolotu rozpoznawczego U-2 nad wyspą, nadal trwała wymiana propozycji. Działania wojsk i negocjacje nie następowały kolejno po sobie; jedne mogły w każdej chwili zmienić warunki drugich.
Tego wieczoru prokurator generalny USA Robert Kennedy, brat prezydenta, spotkał się poufnie z ambasadorem ZSRR w Waszyngtonie Anatolijem Dobryninem. Przekazał, że amerykańskie rakiety Jupiter zostaną usunięte z Turcji, ale ustalenie to nie może być publiczną częścią porozumienia. Rozwiązanie obejmowało także wycofanie radzieckich rakiet z Kuby i amerykańskie zapewnienie o nieinwazji. Chruszczow ogłosił zgodę na demontaż 28 października. Szczegół ten pokazuje, jak wiele mogło zależeć od sposobu przekazania ustępstwa: jego wojskowa treść i możliwość publicznego zaakceptowania nie były dla uczestników tym samym problemem.
Użyteczność porównania nie polega na przewidywaniu identycznego kompromisu. Pokazuje, że po rozpoczęciu presji warunki rozwiązania kryzysu mogą być znacznie trudniejsze niż przed nią. Strona zamierzająca wykonać ograniczony ruch nie ustala samodzielnie, jaką stawkę zobaczy przeciwnik. W przypadku ataku na NATO rosyjska próba wykazania słabości Sojuszu mogłaby zostać odczytana jako powód do udowodnienia jego trwałości. Rozbieżność ta tworzyłaby ryzyko rozszerzenia konfliktu, nawet gdyby pierwotny plan zakładał szybkie negocjacje.
Kto zapłaci za następny front
Ogłoszenie mobilizacji zwiększa liczbę ludzi, których państwo może powołać. Nie rozstrzyga jeszcze, ilu z nich i w jakim czasie będzie zdolnych walczyć jako sprawne jednostki. Potrzebni są dowódcy, szkolenie, uzbrojenie i zaplecze, a część tych zasobów już pracuje na potrzeby istniejącego frontu. Każdy następny front konkurowałby o instruktorów, dowódców, sprzęt i zaopatrzenie z frontem już istniejącym. Dekret mobilizacyjny nie dopisuje automatycznie drugiego kompletu tych zasobów.
Koszt społeczny jest równie istotny. Badanie Centrum Lewady po ogłoszeniu częściowej mobilizacji we wrześniu 2022 roku wykazało silne reakcje lęku i niepokoju. W sierpniu 2026 roku 59 procent respondentów opowiadało się za rozpoczęciem negocjacji, a 31 procent za kontynuowaniem działań wojennych. Wynik nie oznacza jednak, że większość akceptuje wycofanie wojsk lub rezygnację z rosyjskich żądań. Deklarowana chęć negocjacji, poparcie dla władz i gotowość osobistego udziału w wojnie to różne postawy.

W systemie represyjnym dochodzi problem wiarygodności deklaracji i zdolności przekładania ich na działanie polityczne. Osoba niechętna poborowi może próbować uniknąć służby, nie angażując się w protest przeciw całej polityce państwa. Rozproszone reakcje indywidualne utrudniają administracji realizację celów, ale nie muszą tworzyć siły zdolnej zmienić decyzję Kremla. Dlatego nie można traktować niepopularności kolejnej mobilizacji jako gwarancji, że do niej nie dojdzie.
Presja społeczna może wpływać na wybór sposobu prowadzenia wojny. Władze mogą preferować rekrutację kontraktową, wysokie zachęty finansowe albo działania wymagające mniejszego bezpośredniego zaangażowania ludzi. Z punktu widzenia NATO oznacza to, że ograniczenia kadrowe utrudniają pewne warianty agresji, ale nie wszystkie. Nie tworzą też automatycznej zachęty do ataku: nowy konflikt mógłby wymagać jeszcze większego poboru i pogorszyć sytuację wewnętrzną.
Istnieje hipoteza, że konfrontacja z NATO mogłaby zostać wykorzystana propagandowo do uzasadnienia większych wyrzeczeń. Aby traktować ją jako motyw realnej decyzji, należałoby jednak wykazać, że rosyjskie kierownictwo uważa taki rezultat za osiągalny i politycznie korzystny. Sam fakt istnienia problemu mobilizacyjnego nie dowodzi, że Kreml zamierza rozwiązać go rozpoczęciem kolejnej wojny. Kryzys mógłby ułatwić władzom żądanie kolejnych wyrzeczeń, ale mógłby też zwiększyć koszty szybciej, niż propaganda zdołałaby je uzasadnić.
Te same pytania, inny przeciwnik
W lutym 2022 roku coraz więcej oddzielnych informacji składało się na zdolność do przeprowadzenia określonej operacji: na kilku kierunkach znajdowały się siły, rozwijano zaplecze, a rosyjskie żądania wykraczały poza to, na co partnerzy byli gotowi się zgodzić. Dzisiaj część elementów wygląda znajomo. Ich obecność nie oznacza jeszcze, że składają się na tę samą operację. Poniższe zestawienie stosuje te same pytania do dwóch różnych przeciwników Rosji i dwóch różnych układów sił.

Zestawienie nie daje jednej daty historycznej, do której można przypisać dzisiejszą sytuację. Część procesów przypomina długotrwałe przygotowywanie możliwości i wywieranie presji, inne mają charakter bezpośrednich incydentów. Ocenianie ich łącznie jako „kolejnego lutego 2022” zacierałoby różnicę między scenariuszem operacyjnym a atmosferą zagrożenia. Z kolei odwołanie do braku wielkiego zgrupowania jako wystarczającej gwarancji pokoju pomijałoby operacje niewymagające takiego przygotowania.
Najbardziej niebezpieczny błąd polegałby na założeniu, że Rosja musi najpierw uzyskać możliwość pokonania całego NATO, aby zdecydować się na użycie siły przeciw jednemu państwu. Wariant ograniczony może opierać się na przekonaniu, że Sojusz nie wykorzysta swojego potencjału. Najważniejszy problem nie dotyczyłby wtedy rosyjskiej oceny sumy zachodnich zasobów, lecz oceny politycznej gotowości do działania, czasu reakcji i tolerancji ryzyka.
Nie można jednak odwrócić tego rozumowania i uznać, że skoro ograniczony atak jest możliwy, to jest bliski. Możliwość techniczna, korzystne w ocenie agresora warunki, przygotowanie operacyjne i decyzja polityczna są kolejnymi, odrębnymi ustaleniami. Część może pozostać niejawna, co wymaga ostrożności, ale nie uprawnia do wypełnienia wszystkich luk najgroźniejszym założeniem.
Kiedy porównanie przestaje wystarczać
O zmianie zagrożenia rozstrzygają ostatecznie nowe przygotowania, nawet jeśli nie przypominają dokładnie poprzedniej wojny. Jeżeli na określonym kierunku pojawią się potrzebne do operacji jednostki, zaplecze umożliwiające ich użycie, działania osłonowe i polityczne uzasadnienie konfrontacji, znaczenie będzie miała ich zgodność z możliwym celem. Nie to, jak bardzo przypominają obrazek z lutego 2022 roku.
Duża kampania wymaga rozległych przygotowań. Ograniczone uderzenie lub prowokacja mogą pozostawić mniej widocznych śladów. W obu przypadkach znaczenie ma związek między tym, co Rosja chce osiągnąć, co przygotowała i co rzeczywiście robi. Kolejna groźna wypowiedź ma mniejszą wartość niż zmiana możliwości wykonania groźby — choć dopiero zestawienie obu informacji może pokazać znaczenie każdej z nich.
Znaczenie miałaby także ewolucja incydentów. Powtarzane krótkie naruszenia mogą potwierdzać utrzymywanie presji. Użycie uzbrojenia, wyrządzenie szkód, działanie kontynuowane mimo reakcji obronnej albo próba trwałego ograniczenia kontroli państwa nad jego terytorium zmieniałyby charakter sytuacji. Nie byłaby to już tylko dłuższa lista incydentów, lecz zmiana tego, co rosyjskie działania powodują i do czego mogą prowadzić.
Ryzyko może wzrosnąć również po reakcji obronnej, nawet gdy sama reakcja jest uzasadniona. Jeżeli po incydencie obie strony zwiększą gotowość i zmienią zasady działania, następne spotkanie ich sił nastąpi w innych warunkach. Więcej uzbrojonych jednostek będzie działało bliżej siebie, część decyzji zostanie podjęta szybciej, a dowódcy będą interpretować zdarzenia przez doświadczenie wcześniejszego kryzysu. To mechanizm X → X+1: wcześniejsze działanie zmienia dostępne możliwości i znaczenie następnego, bez przesądzania, że eskalacja musi trwać dalej.

Działa to także w przeciwnym kierunku. Wiarygodne wyjaśnienie incydentu, zaprzestanie określonej aktywności, sprawdzalne wycofanie zdolności i skuteczna komunikacja mogą ograniczać ryzyko. Powrót części żołnierzy nie wystarcza, jeśli pozostawiono sprzęt umożliwiający szybkie odtworzenie zgrupowania — co pokazała wiosna 2021 roku. Podobnie sama cisza medialna nie dowodzi deeskalacji. Potrzebna jest zmiana warunków, które wcześniej zwiększały zagrożenie, lub nowe ustalenia podważające wcześniejszą ocenę.
Przy ocenie ostrzeżeń państwowych istotny byłby wzrost ich konkretności oraz zgodność z działaniami ochronnymi. Jeżeli różni sojusznicy, opierając się na niezależnie ocenionych danych, zaczęliby wskazywać podobny rodzaj operacji, kierunek i bliski horyzont, miałoby to większą wagę niż wiele komentarzy powtarzających jedno doniesienie. Równie ważne byłoby ustalenie, czy różnice stanowisk wynikają z odmiennej wiedzy, czy z tego, że jedno państwo mówi o wielkiej inwazji, a drugie o ograniczonym uderzeniu.
Na podstawie przedstawionego materiału nie można odpowiedzialnie stwierdzić, że wojna Rosji z NATO jest nieuchronna ani że znajdujemy się w bezpośrednim odpowiedniku ostatnich tygodni przed 24 lutego 2022 roku. Istnieją natomiast przesłanki do poważnego traktowania ograniczonego użycia siły oraz ryzyka rozszerzenia kryzysu po takim działaniu. Rosyjskie cele rewizjonistyczne, dostępne narzędzia presji i możliwość błędnej oceny Zachodu uzasadniają przygotowanie obronne. Członkostwo zagrożonych państw w NATO, reakcja Sojuszu i ograniczenia rosyjskich sił stanowią rzeczywiste czynniki wpływające na kalkulację Kremla.
Odpowiedź na pytanie o bliskość wojny musi więc pozostać warunkowa, lecz może być konkretna. Dla wielkiej kampanii przeciw NATO brakuje w analizowanych źródłach obrazu przygotowań porównywalnego z początkiem 2022 roku. Dla działania ograniczonego próg potrzebnych zasobów jest niższy, a czas ostrzegania może być krótszy. Najważniejsze jest ustalenie, czy Rosja przechodzi od utrzymywania takich możliwości do ich operacyjnego przygotowania oraz czy uważa, że odpowiedź przeciwnika da się ograniczyć. To w tych dwóch obszarach nowe fakty mogą zasadniczo zmienić ocenę.
Czytaj dalej
Powiązane analizy
Eskalacja krok po kroku: jak X+1 może stać się wojną, której nikt nie planował
Dlaczego niewielkie, racjonalne z osobna odpowiedzi mogą wspólnie przekroczyć próg bezpośredniego starcia.
Aktualna ocena
Na żywoOfiary lub poważne naruszenia terytorium NATO
Czas oceny


